Bratysława - ładne miasto, trasa na wyniki, sprawna organizacja. Ale regulamin... „Sprawa w toku”


Do Bratysławy wybrałem się przez przypadek… Początkowo planowałem wiosenny start w maratonie w Dębnie. Niestety, jak ostatnio coraz częściej można zauważyć , pakiety startowe i na tę imprezę rozeszły się bardzo szybko. I dobrze! Dzięki temu musiałem poszukać innego maratonu w tym terminie.

Relacja Grzegorza Urbańczyka

Padło na 11. CBOS Bratislawa Maraton. Ucieszyłem się z tej lokalizacji. Tak jak w Dębnie już byłem i startowałem w 2007 roku, tak stolicy Słowacji jeszcze nie odwiedzałem. Przeglądając zdjęcia miasta i czytając o jego historii, weekendowy wyjazd zapowiadał się ciekawie.

W tym miejscu warto wspomnieć, że Bratysława jest jedyną stolicą na świecie, która graniczy z dwoma państwami (Austria i Węgry). Nad całym miastem góruje zamek w okolicach którego, znajduje się bardzo ładna starówka, obfitującą w bardzo dużą ilość kawiarenek. Także nowoczesne budownictwo próbuje być atrakcyjne i jego przykładem może być m.in. most Słowackiego Powstania Narodowego, zwieńczony położonym na wysokości ponad 84 metrów "latającym spodkiem".

Możliwe, że brak tłumów wynikał z pory roku, jednak myślę, że większość osób może traktować Bratysławę po macoszemu i udaje się do pobliskiego Wiednia lub nieco dalej oddalonego Budapesztu.

Dla mnie jednak najważniejszy był start w maratonie. Oprócz niego odbywało się jeszcze kilka biegów na krótszych dystansach. Był to m.in. wyścig na dystansie 10 km i półmaraton, rozgrywany na tej samej trasie co maraton, który liczył dwie pętle. Ciekawa propozycją z której niestety nie skorzystałem były rekreacyjne biegi historyczne - History Run - na trasie 6 km, odbywające się w piątek i sobotę.

Do Bratysławy dotarłem popołudniowa porą w piątek, tak więc maiłem całą sobotę na zwiedzanie miasta. Na jednej z uliczek starego miasta można „spotkać„ pomnik Čumila wyłaniającego się z ulicy pracownika - obok którego w niedzielę miałem przebiegać.

Zwiedzając miasto razem z Pauliną, moją żoną, częściowo zapoznaliśmy się z trasą biegu. Momentami zastanawiałem się jak to możliwe byśmy przebiegali między betonowymi słupami lub wbiegali na chodnik... Jak się potem okazało, nie było z tym większego problemu.

W sobotę po południu odebraliśmy pakiety startowe. Biuro zawodów zlokalizowane było w centrum handlowym i było bardzo małe, co mnie bardzo zdziwiło bo liczba osób startujących miała być bliska 6 tys. Pakiet maratoński składał się z numeru startowego, masy ulotek umieszczanych w plecaku z logotypem imprezy. Uczestnicy półmaratonu otrzymali również ulotki tylko, że w solidnym materiałowym worku.

Udaliśmy się jeszcze na pasta party, które było ulokowane w starej fabryce krzeseł – bardzo ciekawe miejsce. Oprócz serwowanego bardzo dobrego - nie rozgotowanego - makaronu z sosem pomidorowym można było wziąć piwo lub napój podobny do coli. Myślę, że makaron był najlepszym makaronem jaki jadłem na imprezie biegowej, po prostu był dobry!



Niedziela. Pobudka ok. 7:15 i śniadanie. Start zaplanowany został na godzinę 10:00 więc na szczęście pobudka nie musiała być strasznie wcześnie. Mieszkaliśmy ok. 2 km od startu, więc i ze spokojem mogliśmy się przespacerować do niego po promenadzie wzdłuż Dunaju. Pogoda zapowiadała się piękna, aż za bardzo... Niebo bezchmurne, słońce, ale i wiatr. Temperatura powietrza dochodziła (podczas biegu) do ok. 24 stopni. Pierwszy upał w roku - idealny moment na start w maratonie!

W okolicy startu na dużym parkingu usytuowany został depozyt i szatnie. Spore kolejki by oddać swoje rzeczy nieco skróciły mój czas, który chciałem przeznaczyć na rozgrzewkę. Jednak się udało i mogłem już bez większych problemów przygotować się do startu.

Przed godziną 10:00 odbyły się przemówienia, które zakończył hymn Słowacji. Ustawiłem się w drugiej linii i czekałem na start biegu. Nastąpiło symboliczne odliczanie i ruszyliśmy.

Sporo osób znalazło się przede mną. Wiedziałem jednak, że jest wśród nich sporo półmaratończyków z którymi nie muszę rywalizować. Próbowałem złapać swoje tempo biegu, niestety nie do końca mi to wychodziło. Możliwe, że przyczyną tego były podmuchy wiatru w twarz, który momentami mocno był odczuwalny. Starałem się biec w grupie, jednak w konsekwencji więcej biegłem samotnie bo grupy biegły zbyt wolno lub szybko.

Początek trasy nie był zbyt atrakcyjny. Długa prosta, zakończona nawrotem, po czym jeszcze dłuższa prosta zakończona również nawrotem. Dopiero ok. 15. kilometra wbiega się na starówkę i robi się ciekawiej. I to właśnie tutaj trzeba zmierzyć się z podbiegiem, który znajduje się na brukowanej ulicy. Na szczęście po wbiegnięciu na wzniesienie można rozpocząć całkiem spory zbieg główną uliczką starówki. Ludzie siedzący w ogródkach restauracji i kawiarni dopingują co pomaga w ożywieniu się.

Zbliżam się do zakończenia pierwszej pętli o czym przypominają okrzyki kibiców oraz ożywione i przyspieszone tempo zawodników biegnących półmaraton.

Zbliżam się do 21 kilometra. To co zaraz się stanie nie przeszło mi przez głowę, bo i do końca się nad tym nie zastanawiałem. Nastała pustka. Na trasie zostali tylko maratończycy. Ok. 200 metrów straty do zawodnika biegnącego przede mną i ok. 100 metrów do zawodnika biegnącego za mną. Do tego silny podmuch wiatru. Tak rozpoczęła się dla mnie druga pętla - pierwszą pokonałem w zamierzonym czasie 1:20:11. Uświadomiłem sobie wtedy, że samotna walka z wiatrem będzie bardzo ciężka, a do tego dochodziło coraz bardziej przypiekające słońce.

Od samego początku starałem się na każdym z punktów odżywczych zrobić chodź dwa łyki wody by zapobiec odwodnieniu. Ciekawą opcją na tych punktach były stoliki, na których można było umieścić (przekazując wcześniej organizatorowi) swoje odżywki. Pamiętam, że jeszcze kilka lat temu tego typu praktyki można było również spotkać na polskich imprezach, teraz już chyba bardzo rzadko. W każdym razie ja z tej opcji nie skorzystałem.

Po kolejnych kilometrach pod wiatr zauważyłem, że moje tempo biegu nieco spadło. Próbowałem powalczyć o powrót do właściwego co się częściowo udawało, jednak nie na długo. Zacząłem wątpić w osiągnięcie czasu, który sobie zaplanowałem. Zacząłem myśleć o miejscu, na którym się znajduję. Był to dobry moment bo akurat biegłem długą prostą, której zwieńczeniem był nawrót. W ten sposób mogłem policzyć ilu zawodników znajduje się przede mną.

Okazało się, że jestem na 12-13 miejscu. Pewności nie miałem bo stawka była bardzo rozciągnięta i mogłem kogoś przeoczyć. Zacząłem więc walkę o pierwszą dziesiątkę, która miała być nagrodzona w kategorii open. 

Chodź tempo biegu było oddalone od założonego napierałem do przodu, licząc na to, że uda się kogoś wyprzedzić. Miałem w głowie to co powinien mieć każdy maratończyk: „każdy cierpi. Nie wiadomo kiedy organizm odmówi posłuszeństwa. Trzeba walczyć”. Chodź strata do zawodników przede mną wyglądała na sporą, liczyłem na to, że uda mi się ich dogonić, może nawet tuż przed metą. Na szczęście, aż tak długo czekać nie musiałem.

Ok. 33. kilometra biegacz przede mną - ok. 50 metrów straty - zaczął maszerować. To podziałało na mnie jak płachta na byka, widziałem w tym swoją szansę. „Niestety” zawodnik po chwili znów biegł, a ja cały czas za nim. Jednak nie trwało to długo. Na delikatnym podbiegu znów rywal zatrzymał się, a ja tym razem wykorzystałem swoją okazję i wskoczyłem na 12. pozycję.

Zostało ok. 7 kilometrów do mety i ok. 100 metrów straty do 11. i 10. zawodnika. Przez chwilę zwątpiłem w to, że może się udać ich wyprzedzić. Na tempo biegu już wolałem nie patrzeć, skupiłem się na plecach przeciwników, którzy się rozdzielili.

Przed wspomnianym wcześniej brukowanym podbiegiem znajdującym się przy starówce, zaatakowałem. Zawodnik przede mną musiał przeżywać wtedy kryzys, lub po prostu był bez sił bo nie podjął walki. Na samym podbiegu przyspieszyłem - tak przynajmniej mi się wydawało - by zwiększyć przewagę (treningi siły biegowej nie poszły w las!), a że wiedziałem o zbiegu, który miał zaraz nastąpić, nie bałem się takiego manewru wykonać. Biegłem więc po chwili w dół nieco odpoczywając, wiedząc jednak, że powinienem wyprzedzić jeszcze jednego zawodnika.

Po wybiegnięciu zza zakrętu, przebiegając obok pomnika Čumila zobaczyłem zawodnika, który na ok. 30. kilometrze mnie wyprzedził. Przyszedł więc czas na rewanż. Nogi już nie były zbyt lekkie, a bruk na deptaku nie pomagał, jednak liczyłem, że uda mi się wyprzedzić rywala. Na nawrotce przebiegliśmy niemal obok siebie jednak w dwie równe strony, wtedy zwątpiłem. Wcześniej wydawało mi się, że mam mniejszą stratę. Nie wiem czy przyśpieszyłem, czy też konkurent zwolnił, ale zacząłem zmniejszać dystans nas dzielący, aż nagle zrównałem się ze Słowakiem, a po chwili biegłem już przed nim.

Był 39. kilometr, a ja zajmowałem 10. miejsce. Nikogo przed sobą nie widziałem, a za siebie się nie oglądałem, by nie okazywać ewentualnych oznak zmęczenia lub strachu przed wyprzedzeniem. Na trasie pojawiła się moja żona Paulina, która zakończyła rywalizację na dystansie półmaratonu i teraz mogła mi kibicować. Jej słowa dodały mi nieco sił i rozpocząłem długi finisz. Obawiałem się, że może ktoś wyskoczyć zza moich pleców i mnie wyprzedzić. Uspokoiłem się nieco na ostatnim nawrocie, który miał miejsce na 20 km. Widziałem wtedy jaką mam przewagę. Znów minąłem Paulinę i rozpocząłem bieg ostatnią prostą ku mecie. Chciałem jeszcze przyśpieszyć ale nie mogłem. Ociężałe nogi nie chciały już współpracować. Przebiegłem więc ponownie przez bramę wyznaczającą start i tym samym osiągnąłem metę. Zegarek zatrzymałem po 2 godzinach, 47 minutach i 18 sekundach. Ale, czy zająłem dziesiąte miejsce?

Chwilę odpoczywałem za linią mety, po czym udałem się w kierunku wyjścia. Po drodze zostałem obdarowany piwem, przekąską, wodą i sokiem. Aż mi ciężko było się zabrać!) Wyszedłem na plac gdzie znajdował się depozyt i spotkałem się tam z Pauliną. Usiedliśmy na ziemi by odpocząć i podzielić się swoimi przeżyciami.



Po odpoczynku udałem się do szatni, która mieściła się w wielkim namiocie, w którym również znajdowały się kontenery z prysznicami. Kolejek nie było więc i odświeżenie się poszło sprawnie. Po wykąpaniu się sprawdziłem sms z wynikiem. Niestety organizator wysłał tylko czas jaki osiągnąłem. Miejsca nie.

Udaliśmy się więc pod scenę, by tam na leżakach oczekiwać dekoracji. Niestety nigdzie nie zauważyliśmy wyników – nie było nigdzie wywieszone i nie zostały podane do wglądu uczestnikom. Jak się okazało nie tylko nam brakowało takich informacji, na scenie usłyszałem język polski i podpytującego organizatorów rodaka o wyniki. Był to Hubert Wierdak, który uzyskując swój rekord życiowy (2:29:37) zajął 2. miejsce open. Podszedłem by się czegoś dowiedzieć.

Po zamienieniu kilku słów z organizatorami poszliśmy do „biura zawodów” by wyjaśnić sprawę miejsc i nagród. Jak się okazało, rzeczywiście zająłem 10. miejsce. Niestety nagroda wg organizatorów mi się nie należała, bo nagradzają tylko sześciu zawodników i to w kategoriach, czyli podobno tak jak jest w regulaminie. Okazało się, że ten zmienili w czwartek poprzedzający bieg... Jednak zarówno ja jak i wielu innych zawodników, zapłaciło za możliwość startu w momencie gdy obowiązywał inny regulamin. A tak naprawdę obowiązywał, także w dniu maratonu bo widniał nadal na stronie internetowej organizatora, do czego osoby rozmawiające z nami się przyznały. Niestety, choć impreza jeszcze się nie skończyła dyrektor maratonu nie był uchwytny... Sprawa w toku.

Skoncentrujmy się na milszych akcentach - drugim miejscu Polaka w bratysławskim maratonie! Jak się okazało Hubert, tak jak i ja zastanawiał się nad udziałem w maratonie w Dębnie. Na szczęście wybrał Bratysławę i tym samym stanął na podium.

- Bieg był ciężki z powodu wiejącego wiatru i przygrzewającego słońca. Kilka kilometrów poprowadzonych po bruku i między torami tramwajowymi też nie pomagały. Jestem jednak zadowolony ze startu bo wybiegałem rekord życiowy z którego jestem zadowolony. Tak jak prawie wszyscy w Polsce jestem amatorem, który łączy codzienną pracę, obowiązki rodzinne i treningi biegowe, dlatego tym bardziej wynik cieszy, bo został poprawiony po 15 latach - tuż po dekoracji mówił Hubert Wierdak, który stanął na pierwszym stopniu podium, w kategorii wiekowej. Nie nagrodzono nikogo w klasyfikacji open.

Mimo niedociągnięć i niesmaku, samą imprezę oceniam dobrze. Trasa była dobrze oznakowana, a strefy odżywcze były dobrze zorganizowane. Trasa raczej płaska z dwoma podbiegami. Jeśli by nie wiał wiatr, słońce mniej przygrzewało można by uzyskać z pewnością dobre wyniki. Wyjazd do Bratysławy na maraton polecam wszystkim, którzy lubią zwiedzać i biegać. Jeśli ktoś chce miło spędzić czas stolica Słowacji powinna mu to zapewnić.

Maraton wygrał Czech ČÍPA Jiří z czasem 2:27:41. Trzecie miejsce zajął reprezentant Słowacji KOTMAN Boris uzyskując 2:37:52. Maraton ukończyło 40 reprezentantów Polski.

Grzegorz Urbańczyk