Wróżka szybsza od Marcina Świerca. "Ulica jest dla mnie bardzo ważna!" Kamil Leśniak ściga się nie tylko w górach

Kamil Leśniak z Salco Garmin Teamu, medalista mistrzostw Polski i reprezentant kraju w biegach górskich, tym razem zrobił prawdziwą furorę na ulicy. Z dwóch powodów. Torunianin, studiujący i mieszkający od kilku lat w Poznaniu, pobiegł w 14. PZU Półmaratonie Warszawskim w stroju… wróżki, a mimo to uzyskał znakomity wynik finiszując na 21 miejscu (8 wśród Polaków) i wynikiem 1:10:57 bijąc o blisko 2 minuty swój rekord życiowy. Pokonał w ten sposób korespondencyjnie mistrza górskiego ultra Marcina Świerca, który przed rokiem na identycznej trasie uzyskał czas 1:11:51 i był 41.

O włos od asfaltowej "życiówki". Marcin Świerc 11:51 w Półmaratonie Warszawskim

– To dlatego, że Marcin nie trenuje do biegów ulicznych i ubiegłoroczny start w stolicy był dla niego incydentem. To że akurat Półmaraton Warszawski pobiegłem od niego szybciej nie oznacza wcale, że jestem od niego lepszym zawodnikiem – zastrzega od razu Kamil Leśniak, który wzbrania się takich porównań. – Ja się czuje zawodnikiem trochę niedowartościowanym na ulicy i tej zimy przygotowuję się pod asfaltowy maraton. Orlen Warsaw Marathon 14 kwietnia jest jednym z moich dwóch startów docelowych tej wiosny – dodaje i przypomina, że podobny model przygotowań i startów wybrał już rok temu.

– Startowałem w biegach płaskich, a potem płynnie wszedłem w góry. Biegłem półmaratony w Wiązownie, gdzie ustanowiłem rekord życiowy 1:12:47 i w Poznaniu (1:12:49 - red.). Po drodze miała być jeszcze „dycha”. W jej miejsce jednak wystartowałem w, nieplanowanym wcześniej, Zimowym Ultramaratonie Karkonoskim (Leśniak zajął 2 miejsce - red.) i to trochę zaburzyło uliczne plany.

ZUK - dwa pogodowe światy. Rajca i Solińska ponownie najlepsi! Przyjadą do Krynicy

Start w Karpaczu „zamulił” mnie na tyle, że nie było już postępu w szybkości, więc zaraz wszedłem w góry. W tym roku chcę zrobić krok dalej. Wiosennym celem na ulicy jest bardzo mocny maraton. Wynik w Półmaratonie Warszawskim to tylko etap na tej drodze, pośredni efekt treningu do Orlen Warsaw Marathonu. Tak samo zresztą jak „życiówka” na 10 kilometrów, którą w połowie marca pobiłem we Wrocławiu. Mimo wietrznej trasy przebiegłem Dziesiątkę WROACTIV czasie 32:45. Też z treningu maratońskiego. Oba wyniki pokazują, że jestem w wysokiej formie, choć i tak uważam, że w obu przypadkach mogłem więcej: we Wrocławiu przeszkodziła pogoda, a w Warszawie to nie był mój dzień.

– Ależ myślę, że wręcz przeciwnie! W stolicy zdecydowanie był Twój dzień, przyćmiłeś nawet tę dwudziestkę biegaczy, która finiszowała przed Tobą. Przyćmiłeś… strojem! Pobiegłeś w przebraniu wróżki!

"Jestem biegową wróżką. Wróżę dobre wyniki!" Przebierańcy w stolicy... i w Krynicy

– Miałem na myśli aspekty sportowe, ale rzeczywiście, strój zrobił robotę! (śmiech) Trochę się chciałem powygłupiać, bo zawsze podchodzę do biegania na wesoło, a przebranie wzięło się z charytatywnego projektu #BiegamDobrze organizatora półmaratonu. Założyłem zbiórkę na rzecz Fundacji Krzewienia Kultury Fizycznej Non Iron i obiecałem, że w zamian za wpłaty pobiegnę w przebraniu. Kilka razy już tak kiedyś zrobiłem. Darczyńcy proponowali strój, spośród ich sugestii wybrałem kostium wróżki. Łatwo było go zrobić, a nie przeszkadzał mi w szybkim biegu na wynik: był wygodny i przewiewny, nie tak jak strój owcy, w którym się już pojawiałem, a w którym bym się solidnie spocił (śmiech).

– W przebraniu, zwłaszcza w tym półmaratonie, biegło wielu uczestników, ale oni poruszali się raczej spokojnym tempem i w dalszej części stawki. Na Ciebie w stroju wróżki na starcie wśród elity, współzawodnicy musieli patrzeć jak na kosmitę!

– Nie startowałem z elitą, tylko tuż za nią. Ale rzeczywiście, ludzie na starcie chyba nie traktowali mojego biegu poważnie, myśleli, że skoro się przebrałem to biegnę sobie na ukończenie. Mówiłem im, że lecę mocno, ale nie bardzo mi wierzyli. Tymczasem… udało się osiągnąć cel, bo 1:11 połamałem (uśmiech).


– A jak było na trasie? Zdaje się, że mocno się ścigałeś z kilkoma chłopakami?

– Tak. No i właśnie… Twierdzisz, że poszło mi rewelacyjnie, ale ja nie uważam, żeby tak było. Trener powiedział mi, żebym nie biegł na samopoczucie, bo gdybym tak zrobił, to zacząłbym wolniej. Kazał mi zabrać się z mocną grupą i trzymać się jej, żebym nie biegł sam. Tak zrobiłem i w jakieś 8-10 osób ruszyliśmy naprawdę mocno. „Piątkę” zrobiliśmy w 16 i pół minuty, „dychę” w 33:10 (tempo 3:19/km - red.). To było szybciej, niż powinienem biec, bo planowaliśmy z trenerem połamanie 1:12, a lecieliśmy na 1:10. Ale stwierdziłem, że lepiej mi biec trochę za szybko z grupą, w której się cały czas zmieniamy i lecąc w „pociągu” pilnujemy tempa, niż walczyć samemu. Na 14 kilometrze poczułem się jednak słabiej i musiałem trochę odpuścić, od tej pory już nie „kleiłem” grupy i biegłem sam.

Najgorsze było to, że dwaj moi koledzy, Adrian Bednarek i Andrzej Witek, z którymi chciałem się pościgać, uciekli mi, ale mam nadzieję, że za 10 dni na trasie maratonu zrewanżuję się im za porażkę! Z Andrzejem, który jest też trenerem Dominika Grządziela i ma bardzo fajne podejście do biegania, mamy remis 1:1, bo na Dziesiątce WROACTIV z nim wygrałem, więc Orlen Warsaw Marathon rozstrzygnie nasz pojedynek. Bardzo lubię obu chłopaków, a ściganie się z ludźmi, których dobrze znam, jest dla mnie bardzo motywujące.

Wszyscy jesteśmy zadowoleni z tego biegu, bo chłopcy zrobili „życiówki”, ja także, a przez to, że ja biegłem w stroju wróżki, mieliśmy też większy doping (śmiech). Ludziom bardzo się podobało, że w czołówce biegnie ktoś tak zabawny. Ale mam też takie przemyślenia, że trochę zawaliłem charytatywny aspekt mego biegu. Niby mnóstwo ludzi zauważyło mój bieg, niby propozycji stroju było dużo, za to… wpłat nie było wiele. Zebrałem w sumie tylko 560 złotych. Chyba za mało rozpropagowałem zbiórkę, zabrakło dobrej promocji. Tu poległem i czuję niedosyt, mam do siebie pretensje. Trzeba będzie to zdecydowanie poprawić, dostałem nauczkę na przyszłość, bo cel jest fajny: pomoc młodym sportowcom potrzebującym wsparcia. Na szczęście ruszyło się po biegu! Udostępniłem post ze zdjęciem wróżki i w kilka dni uzbierałem dwa razy tyle, co przed półmaratonem. Wpłacać można TUTAJ jeszcze do 10 kwietnia, więc... zachęcam! Obiecuję nagranie filmu kulinarnego, w którym zdradzę przepis na klopsa! (śmiech)

– Jaki wynik chciałbyś osiągnąć w następną niedzielę w Orlen Warsaw Marathonie?

– Złamać 2:30, taki cel wyznaczyliśmy sobie z Arturem Kernem, który jest moim trenerem. Ponad 3 miesiące na to ciężko pracuję, skrupulatnie wykonuję rozpisane treningi, nie pamiętam kiedy ostatnio odpuściłem jakąś jednostkę. Nawet jak byłem na Wyspach Kanaryjskich, trenowałem pod kątem maratonu. Nie robiłem tam żadnych akcentów typowo górskich, tylko starałem się biegać po płaskim. Teraz po tych „dyszce” i półmaratonie czuję, że jest jeszcze zapas, wszystko wskazuje na fajną dyspozycję podczas maratonu i chyba będę atakował wynik nawet grubo poniżej 2:30. Myślę, że stać mnie na jakieś 2:28 i z takiego wyniku będę zadowolony.

– Umiesz sobie radzić ze „ścianą”, kryzysem w ulicznym maratonie?

– Raczej tak, po prostu zaciskam zęby i biegnę, jak inaczej? (śmiech) Jak się doznało bólu na biegu ultra, powykrzywiało kilka razy w trakcie jednego biegu, to taki maraton wydaje się łatwiejszy. To jest kwestia wytrenowania i obiegania się z tak wysokim tempem, jakim biegniesz maraton. W górach raczej nie spotykasz się z takimi prędkościami, pod ultra nie robisz aż tak szybkiego treningu: zakresy, tempo na stadionie, długie wbiegania, długie wybiegania łączone. Zrobiłem naprawdę dużo treningu stricte maratońskiego.

– Czekają Cię zatem w krótkim czasie dwa docelowe starty wiosenne, oba o mistrzostwo Polski: najpierw w maratonie ulicznym w Warszawie, a 2 tygodnie później w długodystansowym biegu górskim w Szczawnicy.  

– Tak, musze tylko jeszcze dopiąć sprawę licencji. Do tej pory miałem ją grzecznościowo z Olimpii Poznań, gdzie nikt mnie nie znał i ja nikogo nie znałem, ale teraz zarejestrowaliśmy w PZLA nasz górski Salco Garmin Team jako klub sportowy i wystartuję w jego barwach, a to oznacza, że muszę zrobić nowe badania lekarskie i czekać na przeniesienie z klubu do klubu.

– A zdążysz w tak krótkim czasie przestawić się z ulicy na góry?

– W zeszłym roku też tak było, więc mam pozytywne myśli, zwłaszcza, że Wielka Prehyba też jest biegiem szybkim i trening maratoński powinien mi się w Szczawnicy bardzo przydać, przełożyć na wynik w maratonie górskim. Po 3 miesiącach treningu jestem już głodny startów i rywalizacji, ja to bardzo lubię, mam ochotę być wśród ludzi i się ścigać. Wierzę, że się uda, tym bardziej, że chcę też odkuć się za ubiegłoroczny start w Szczawnicy, którego nie ukończyłem po tym, jak biegnąc w ścisłej czołówce pomyliłem trasę, instynktem ultrasa zbiegłem na długi dystans i jak się zorientowałem to było już „pozamiatane” i się wycofałem.

Świerc i Lewandowska mistrzami Polski na długim dystansie

Zapowiada się fajne ściganie, będzie bardzo mocna stawka, chociaż szkoda, że zabraknie Marcina Świerca, ale on ma teraz inne cele i w tym czasie będzie startował w Meksyku. Przyjadą za to Krzysio Bodurka, Bartkowie Przedwojewski i Gorczyca, Marcin Rzeszótko… Skład prawdziwie mistrzowski!

– Życzymy zatem podwójnie powodzenia i jak najlepszych wyników w obu mistrzostwach Polski!

– Dziękuję i do zobaczenia: na warszawskich ulicach i w górach wokół Szczawnicy.

Z Kamilem Leśniakiem rozmawiał Piotr Falkowski