Bogdan Barewski: Moja recepta na długowieczność w bieganiu to...

Bogdan Barewski to biegacz instytucja. Od wielu lat udowadnia, że nie ma dla niego rzeczy niemożliwych. Stawia sobie ambitne cele i konsekwentnie je realizuje. Ścigał się w Himalajach i na Antarktydzie, trenował z Kenijczykami w legendarnym Iten, kolebce biegów długodystansowych oraz zdobywał medale Mistrzostw Świata Masters. – Podczas maratonu w Tanzanii byłem pierwszym białym zawodnikiem – wspomina. – To była niezwykła impreza. Miejscowi biegacze potraktowali ją bardzo ambitnie licząc na zainteresowanie obecnych na zawodach menadżerów. Po starcie ruszyli na trasę w nieprawdopodobnym tempie. Konsekwencją tego było to, że z 300 zawodników, którzy rozpoczęli rywalizację metę osiągnęło góra 30. Reszta biegaczy nie wytrzymała i padła jak muchy.

Bogdan Barewski jest znany nie tylko z egzotycznych wyjazdów, ale przede wszystkim z tego, że mimo upływu czasu utrzymuje fantastyczną formę. Wielu zastanawia się jak on to robi, że potrafi oszukać biologię. Mając ponad 60 lat na karku regularnie biega maratony poniżej 3 godzin. Nieraz służy radą i pomocą dużo młodszym od siebie jako pacemaker. Ostatnio podczas Orlen Marathonu walczył o rekord Polski w kategorii M60. Zabrakło niewiele, ale i tak uzyskał jeden z najlepszych w tym roku wyników na świecie wśród mastersów.

O swoich startach, egzotycznych wyjazdach, recepcie na długowieczność w bieganiu opowiada podczas wywiadu dla naszego portalu.

Panie Bogdanie, gratulacje! 2:54:00 to fantastyczny wynik. Trochę zabrakło do rekordu Polski, ale chyba nie jest Pan bardzo zawiedziony?

Nie. Wydaje mi się, że zrobiłem dobry wynik. Co prawda liczyłem na trochę więcej, ale pojawiły się mikrobłędy zarówno w przygotowaniach jak i w czasie samego startu. Dlatego tym razem się nie udało. Z drugiej strony Orlen to nie była moja impreza docelowa. W sierpniu wystartuję w Mistrzostwach Świata Weteranów w Lionie. Chciałbym tam stanąć na pudle. Czuję, że mam rezerwy i jestem w stanie biegać poniżej 2:50:00.

Wynik rekordzisty świata M60 Japończyka Yoshihisa Hosaki: 2:36:30 wydaje się nie do pobicia…

To rezultat kosmiczny. Nie sposób się do niego nawet zbliżyć.

I nie pomoże nawet wyjazd do Iten?

Bez przesady. Choć przyznaję, że tegoroczny obóz treningowy w Kenii był dla mnie bardzo ważnym doświadczeniem. Marzyłem o tym wyjeździe całe życie. To jest przecież mekka biegania! O tym, że miał on pozytywny wpływ na moją dyspozycję startową przekonałem się podczas Półmaratonu Warszawskiego.

Czy w Kenii dowiedział się Pan czegoś nowego o treningu, bieganiu?

Człowiek całe życie się uczy. Teraz np. dużo większą uwagę przywiązuję do ćwiczeń stabilizacyjnych. W Iten mieliśmy aż trzy razy w tygodniu takie zajęcia trwające po 45 minut. Poza tym warunki panujące w Kenii wymusiły na nas, by mądrzej trenować. W ciągu dnia jest tam bardzo gorąco, a w dodatku przebywa się na wysokości 2400 m n.p.m. Gdy dodać do tego, że biegaliśmy cały czas po górach to mamy pełny obraz tego jak wymagający był to wyjazd. W Iten, poza bieżnią nie znajdziemy płaskich odcinków. To nie jest równe jak stół Mazowsze. Albo jest minimum 30 metrów w górę albo w dół.

Jak wyglądał w szczegółach Pana wyjazd?

To był dwutygodniowy obóz. Mieliśmy zajęcia rano i wieczorem. Również na słynnym stadionie Kamariny, gdzie szlifowali swoją formę kenijscy mistrzowie olimpijscy i świata. Co ciekawe nawierzchnia tej bieżni jest piaszczysta, nie tartanowa. W Iten trenowała też polska czołówka biegaczy z Krystianem Zalewskim, Arturem Kozłowskim, Błażejem Brzezińskim i Marcinem Świercem. Na koniec startowaliśmy w zawodach. To był Maraton Wielkiego Rowu. Nagrodą były tak jak u nas w Korycinie krowy.

Były też medale?

Dosyć specyficzne. Dostaliśmy po prostu bukłaki.

 

Wyjazd do Iten to nie była Pana pierwsza afrykańska wyprawa?

To prawda. W 2007 r. startowałem w RPA w największym biegu ultra na świecie – Comrades Marathonie. To było niezwykłe przeżycie. O randze i olbrzymiej popularności tej imprezy niech świadczy to, że startuje w niej ponad 10 tys. zawodników i jest transmitowana przez 12 godzin na  żywo przez pierwszy program publicznej telewizji. Udało się mi się tam zająć trzecie miejsce w kategorii M55. Drugie doświadczenie było nie mniej interesujące. W ramach realizowanego przeze mnie przedsięwzięcia Klub 7 Kontynentów wystąpiłem w Mount Meru Marathonie w Tanzanii. Miejscowi biegacze potraktowali te zawody bardzo poważnie i ambitnie licząc na zainteresowanie obecnych na miejscu menadżerów. Po starcie ruszyli na trasę w nieprawdopodobnym tempie. Konsekwencją tego było to, że z 300 zawodników, którzy rozpoczęli rywalizację metę osiągnęło góra 30. Reszta biegaczy nie wytrzymała i padła jak muchy.

Wspomniał Pan o Klubie 7 Kontynentów. Realizując ten projekt, stał się Pan pierwszym Polakiem, który przebiegł maraton na  wszystkich kontynentach świata. Jak to się stało?

Od zawsze staram się łączyć bieganie z turystyką. Dlatego jeśli wybierałem zawody to starałem się, by odbywały się one w miejscach, ciekawych, których jeszcze nie znałem.

Wyjazd na Tenzing Hillary Everest Marathon z pewnością do takich należał

To był jeden z najtrudniejszych moich maratonów. Najpierw trzeba było dostać się do bazy na 5364 m n.p.m., co samo w sobie stanowiło wyzwanie. Problemem było choćby wyjątkowo rozrzedzone powietrze utrudniające oddychanie. I tu niestety z kolegą – Robertem Celińskim popełniliśmy kilka błędów. Jeszcze na wysokości 3 tys. m przeprowadziliśmy trening biegowy, co było zupełnie niepotrzebnym obciążeniem organizmu. Po wtóre przez te dwie noce spaliśmy na lodowcu, w cienkim namiocie. Z zimna się pochorowałem.

Mimo tych trudności był Pan drugi wśród obcokrajowców

Rzeczywiście. Niesamowite było to, że kiedy startowaliśmy, na górze było minus 15 stopni Celsjusza. Kiedy osiągnęliśmy metę w Nemche Bazaar na 3446 m. słupki rtęci pokazywały plus 30. Po drodze musieliśmy zrzucać ubrania.

Przebiegł Pan grubo ponad 60 maratonów, gdzie Bogdan Barewski chciałby jeszcze wystartować?

Brałem udział w wielu wielkich zawodach. Biegłem i w Bostonie i Nowym Jorku. Teraz częściej wybieram mniejsze, kameralne imprezy. Choć chodzi mi jeszcze po głowie maraton w Osace.

Nie mogę sobie wyobrazić, że nie wystartuje Pan w Maratonie Warszawskim? Jest Pan żywym symbolem tej imprezy

Rzeczywiście już osiem razy prowadziłem biegaczy jak pacemaker na wynik poniżej 3 godzin. Raz też byłem „zającem” na 2:50, ale to się zupełnie nie sprawdziło, bo nie udało mi się dobiec z żadnym zawodnikiem. Czy w tym roku pobiegnę w Warszawie? Chyba tak, ale być może powalczę wtedy o rekord Polski.

Jak to się robi, że mimo upływu lat ciągle można osiągać takie wyniki?

Trzeba biegać z głową. Nie przeginać. Ja na tyle znam swój organizm, że wiem co mam robić, by biegać jak najdłużej. Zrezygnowałem z zawodów ultra i już nie szaleję. Po prostu szkoda zdrowia. Poza tym trzeba dostosować treningi do wieku. Biologia jest bezwzględna. Jej nie da się oszukać. Dlatego musiałem zredukować zarówno ilościowo, jak i objętościowo treningi. Postawiłem na jakość.

Na razie wychodzi to Panu z fantastycznym skutkiem. Zawdzięcza to Pan wielkiemu doświadczeniu?

Popartemu wiedzą teoretyczną. Często pomagam młody zawodnikom poprawiać rekordy życiowe.

Jakie najczęściej popełniają błędy?

Często wystarczy mikro korekta tuż przed startem. Wielu biegaczy np. na finiszu przygotowań robi za mocne akcenty, za dużo treningów objętościowych. Boją się odpocząć. Wydaje im się, że w tydzień stracą całą formę. A to nie jest prawda.

Skoro wielokrotnie pomagał Pan zawodnikom łamać 3 godziny w maratonie to muszę się zapytać, czy każdy biegacz po odpowiednim treningu może osiągnąć ten wynik?

To nie jest takie proste. Trzeba przede wszystkim już trochę biegać i mieć jednak pewne predyspozycje. Również zdrowotne. Ważna jest też choćby waga zawodnika. Nie obejdzie się też bez podbudowy teoretycznej. Skonsultujmy się np. z bardziej doświadczonym kolegą, a jeszcze lepiej z trenerem. Musimy pamiętać, że bieganie to jednak kawał wiedzy. 

Rozmawiał Maciej Gelberg