Żyjemy w dziwnym świecie. Z jednej strony mamy modę na bieganie i tę dyscyplinę sportu uprawiają miliony Polaków. Z drugiej strony nie ma to żadnego przełożenia na sytuację materialną zawodników w kraju. W czym jest problem? Dlaczego wielkie firmy nie garną się do sponsorowania elity polskiego biegania? Czy winni są sami sportowcy? Krótkowzroczni marketingowcy? A może polskim biegom brakuje sukcesu na miarę Adama Małysza?
Niestety na razie trudno marzyć o zwycięstwo polskich maratończyków na olimpiadzie, mistrzostwach świata, czy prestiżowych zawodach np. w Nowym Jorku czy w Tokio. – Konkurencja jest olbrzymia, biega cały świat, więc o wygraną jest niezmiernie trudno – wskazuje Karolina Jarzyńska, legitymująca się najlepszym obecnie w Polsce czasem w maratonie kobiecym: 2:26:31. Taki rezultat dałby ambitnej Polce np. siódme miejsce w zawodach w Berlinie. Dopiero siódme miejsce.
Życie na granicy
Karolina Jarzyńska jest jednym z nielicznych biegaczy w Polsce, którym udało się pozyskać poważnego sponsora. Zawdzięcza to samozaparciu, ambicji, ale też - jak sama przyznaje - trochę szczęściu. – Przez długi czas bardzo ryzykowałam. Wierzyłam jednak, że kiedy osiągnę sukces, sponsor sam przyjdzie – wspomina nasza olimpijka z Londynu. Postawiłam więc wszystko na jedną kartę, pojechałam na obóz treningowy z debetem na koncie i wiedziałam, że albo mi się to zwróci, albo trzeba będzie się zająć czymś innym.
Na szczęście udało się. Sukces w maratonie w Łodzi zaowocował współpracą z firmą ALE. – To dało mi odrobinę poczucia bezpieczeństwa – podkreśla zawodniczka, nie ukrywając jednak, że to ciągle nie jest sytuacja, w której nie musi martwić się o finanse. – Kariera biegacza w Polsce to ciągle życie na granicy – konstatuje ze smutkiem. – Trzeba się stale zastanawiać czy wystarczy pieniędzy na odnowę biologiczną, albo na wyjazd trenera na obóz treningowy. Ja już trochę straciłam wiarę, że będę miała komfort w przygotowaniach.
Na taki luksus nie mogą tez liczyć inni biegacze z czołówki polskiego maratonu. Większość z nich karierę biegową może kontynuować tylko dzięki temu, że są na etacie wojskowym. Mówimy tu o takich zawodnikach jak mistrz kraju Arkadiusza Gardzielewskiego, Marcin Chabowski czy Mariusz Giżyński. Trochę to przypomina sytuację z poprzedniej epoki, gdy piłkarze Górnika Zabrze byli zatrudniani w kopalniach na etatach górników dołowych.
Bez wojska ani rusz
Czasami prowadzi to do co najmniej dziwnych sytuacji. Będąca zawodowym żołnierzem Iwona Lewandowska dostała od swoich przełożonych odgórny zakaz startu w Mistrzostwach Świata w Pekinie – ze względu na zaplanowane na październik przyszłego roku Wojskowe Igrzyska Olimpijskie, które są dla naszej generalicji priorytetem.
Ale bez mecenatu wojskowego nie byłoby polskiego biegania zawodowego. Tylko nieliczni - jak Karolina Jarzyńska - poszli inną drogą. Nawet rekordzista Polski w maratonie Henryk Szost, który jako jeden z nielicznych jest pod opieką dużego, strategicznego sponsora, firmy Orlen, nosi mundur starszego szeregowego.
– Etat w polskiej armii umożliwia mi normalne trenowanie. Bez tego musiałbym zakończyć karierę – mówi Arkadiusz Gardzielewski. Biegacz przyznaje, że nasze bieganie ciągle jest na początku drogi. Wskazuje, że masowa popularność tej dyscypliny sportu nie ma żadnego przełożenia na zainteresowanie sponsorów współpracą z zawodnikami kadry.
Logo na koszulce to trochę za mało
– Trudno się dziwić takiej polityce marketingowej – mówi Piotr Jakóbik z agencji marketingu sportowego Sport Evolution. – Większość Polaków nie kojarzy czołówki naszych biegaczy. Gdyby zrobić sondaż uliczny i zapytać rodaków kim jest Lewandowska, gwarantuję, że zdecydowana większość odpowie, że chodzi o żonę Roberta Lewandowskiego, a nie o naszą lekkoatletkę. Z czego to wynika?
Problem jest złożony. Z jednej strony polskim biegom długodystansowym brakuje dużego sukcesu międzynarodowego, który porwałby Polaków, wykreował powszechnie, rozpoznawalne gwiazdy. – Niestety na to nie ma szans – ocenia Jakóbik. W tej dyscyplinie sportu od lat królują biegacze z Afryki i raczej to się nie zmieni.
Z drugiej strony bardzo wielu polskim biegaczom brakuje świadomości marketingowej. – Wychodzą z założenia, że oni są tylko od trenowania i startowania. A przecież logo na koszulce to trochę za mało – zauważa przedstawiciel Sport Evolution.
Jego zdaniem w dzisiejszych czasach sportowiec musi nie tylko osiągać wyniki, ale powinien potrafić je sprzedać. – Konieczna jest aktywność. Podstawa to strona internetowa. Ważne są też social media - głównie Facebook, ale również Instagram czy Twitter. Blog to kolejna opcja, ale nie dla wszystkich. Nie każdy się po prostu do tego nadaje. A według mnie lepiej nie prowadzić bloga w ogóle, niż słabo i nieregularnie.
Liczą się znajomości?
Czy zatem Polscy biegacze powinni wziąć przykład z takich sportowców jak Mo Farah, który w Wielkiej Brytanii jest prawdziwym celebrytą? Może nie koniecznie tak jak on muszą skakać z 30-metrowej skały do wody i potem wokół tego wydarzenia robić szum na cały kraj. Ale Mo Forah to również Mobot, czyli swoisty „podpis” lekkoatlety, a także bestselerowa książka „Siła ambicji”. To wszystko bezsprzecznie przekłada się na rozpoznawalność i popularność sportowca. Konsekwencją tego jest z kolei zainteresowanie sponsorów. – Biegacze powinni zrozumieć, że muszą budować rozpoznawalność nie tylko we własnym środowisku, ale w całym społeczeństwie – potwierdza odpowiadający za marketing w firmie Asics Daniel Bogacki
A znajomości? To słowo pojawia się niemal jak mantra w wypowiedziach bardzo wielu polskich biegaczy próbujących nawiązać kontakt z dużymi firmami. Arkadiusz Gardzielewski przyznaje się, że w znanych koncernach bez osoby wprowadzającej jest prawie niemożliwe przebić się do osoby decyzyjnej. – Po iluś tam bezowocnych próbach odpuściłem – informuje.
Podobne doświadczenia ma utytułowany biegacz górski Marcin Świerc. – Rozwiązaniem mógłby być manager, ale to kosztuje, a ja nie mam czas na szukanie partnera biznesowego – mówi biegacz, który karierę zawodniczą łączy z pracą zawodową. Organizuje obozy i zajęcia dla amatorów, przygotowuje też plany treningowe.
Patowa sytuacja
Zdaniem Świerca, za obecną sytuację odpowiedzialne są też media. To one kreują bohaterów. – Dlaczego biegania jest tak mało w telewizji? – popiera naszego utytułowanego ultramaratończyka Karolina Jarzyńska.
Wg. Marcina Świerca, za dużą rolę przywiązuje się u nas do piłki nożnej. – To jest chore, że na 30 stron „Przeglądu Sportowego”, 29 i pół zajmuje futbol – konstatuje z rozżaleniem. – Na zachodzie te proporcje są inne. Kiedy pojechałem niedawno na zawody do Francji, byłem traktowany jak zawodnik elity. W Polsce mogę o tym pomarzyć...
Niestety wygląda na to, że sytuacja jest patowa. Bez sponsorów polskie bieganie nie będzie się rozwijać, nie pojawią się gwiazdy, sukcesy. Z drugiej strony duże firmy nie są zainteresowane współpracą z biegaczami, którzy nie zdobywają laurów na najważniejszych imprezach sportowych. Boją się też zainwestować w młodego, perspektywicznego zawodnika. – A w bieganiu nie da się osiągnąć sukcesu na skróty – twierdzi Jarzyńska. To często 5-7 lat treningu zanim pojawia się wymierne efekty – zaznacza.
Ku zmartwieniu zawodników, działy marketingu większości firm nie lubią ryzyka. Wolą zainwestować pieniądze w duże imprezy sportowe. Tak robi m.in. PKO Bank Polski. – Postawiliśmy przede wszystkim na bieganie masowe – mówi Marta Konopka, dyrektor Departamentu Marketingu PKO Bank Polski. – Oczywiście trzymamy kciuki za naszych reprezentantów i cieszymy się z ich sukcesów, ale akcenty nasz bank stawia właśnie na promocję biegania rekreacyjnego (cały wywiad z Martą Konopka do przeczytania TUTAJ).
A przecież - jak wyjaśniają biegacze - nie mówimy tu o wielkich pieniądzach. Zapewnienie optymalnych warunków do przygotowania liczącej kilkanaście osób elity polskich biegów, nie przekracza możliwości finansowej dużych polskich firm – wskazują.
Na razie więc na sponsoring strategiczny mogą liczyć tylko nieliczni. Trochę łatwiej jest ze wsparcie technicznym. – Praktycznie każdy maratończyk legitymujący się czasem 2:10 – 2:12 może liczyć na współpracę z nami – zapewnia Daniel Bogacki z Asicsa, którego barwy reprezentuje m.in. Arkadiusz Gardzielewski.
Amatorzy mają jeszcze trudniej
Dużo trudniej mają ambitni amatorzy. Co prawda sprzęt Asicsa trafia m.in. do kilku zajmujących się bieganiem blogerów, ale skala tych działań jest niewielka. – Niestety producenci sprzętu, kiedy proponuję im współpracę, proponują mi najwyżej sprzedaż butów po cenach hurtowych – mówi Bartłomiej Trela, superambitny astmatyk z Tarnowa, który zamierza zdobyć koronę ultramaratonów.
Trela, choć jest prawdziwym pasjonatem biegania, nie może już dalej sam finansować swoich startów. – W ciągu półtora roku zainwestowałem 20 000 zł. – mówi biegacz. Jeśli do końca roku nie uda mi się znaleźć sponsora, będę musiał zrezygnować z moich planów – zapowiada.
Nie można się zrażać
Małopolski ultramaratończyk podchodzi do sprawy bardzo profesjonalnie. Stara się, by o jego projekcie było jak najgłośniej. Prowadzi aktywnie profil na facebooku, jego materiały na Youtube obejrzało 200 tys. osób, robi zdjęcia, pisze relacje (także do naszego portalu), zbiera pieniądze w serwisie PolakPotrafi.pl. Jest otwarty na media. – Wiem, że muszę na początku zainwestować swoją pracę, czas, pomysły. Ale niestety nie przynosi to żadnych efektów finansowych.
Trela mówi niemal to samo co zawodowcy. Że nikt ze sponsorów nie chce zaryzykować, że firmy wolą zainwestować w imprezy, czy znane twarze. Czy nie ma więc dobrych perspektyw na rozwój biegania w Polsce? – Nie jest tak źle – mówi Piotr Jakóbik. – Po pierwsze wiele się jednak zmieniło. 5-7 lat temu było dużo gorzej. Po za tym musimy mieć świadomość, że ze względu na popularność, piłkarze czy siatkarze maja na starcie dużo lepsze perspektywy – dodaje.
Przekonuje, że biegacze nie powinni się zrażać. Jeśli szukają sponsorów, muszą pokazać swoją aktywność, powinni budować swoją społeczność, być obecni na facebooku. Oczywiście to nie da gwarancji sukcesu. – Nie będę oszukiwać, pomogą też znajomości i dużo szczęścia. Trzeba mieć świadomość, że na 100 ofert sponsoringowych, które trafiają na biurko dyrektorów marketingowych dużych firm, szansę na realizację ma nie więcej niż jedna – kończy Piotr Jakóbik.
PS. Z oryginalnym projektem crowdfundingowym wystąpiła ostatnio grupa czołowych biegaczy z Pomorza, skupiona wokół trenera Karola Nowakowskiego. Dominika Nowakowska, Marta Krawczyńska, Andrzej Rogiewicz i Karol Kaliś starają się o wsparcie na szkolenie poprzez serwis PolakPotrafi.pl i projekt o nazwie GONIMY EUROPĘ, GONIMY ŚWIAT. To pierwsza taka inicjatywa w Polsce. Czy wypali? Na 32 dni przed zakończeniem zbiórki do wymaganej kwoty 41 000 zł brakuje jeszcze 36 540 zł. Więcej na ten temat: KLIKNIJ
MGEL