Na starcie Marriott Everest Maraton stanęło dwustu biegaczy, a wielu obeszło się ze smakiem. Wśród szczęśliwców, którym udało się wystartować, był między innymi Dominik Górski, trener crossfitu i współwłaściciel klubu No Limit Crossfit Ursus. Nawet miłośnik i propagator tak trudnej konkurencji siłowej był pod wrażeniem skali trudności ultramaratonu na schodach.
Zainteresowani nietypowymi imprezami biegowymi w Polsce jest ogromne. Co pana skłoniło do startu?
Dominik Górski (na zdjęciu): Chciałem się sprawdzić. Stwierdziłem, że to może być coś fajnego i nie jestem zawiedziony.
Długo trwały przygotowania do tej imprezy?
Nie. Pobiegłem na żywca.
A pańscy rywale na trasie. W rozmowach podczas czekania na windę chwalili się, że ostro trenowali?
Aż tak to nie, ale wiele osób brało udział w treningach organizowanych w Marriocie. Sporo jest też ultramaratończyków, więc dla nich to normalna dawka wysiłku.
Rozgrzewka jest niezbędna?
Nie wiem, po prostu wystartowałem. Najpierw ostrożnie, a potem to już poszło. Choć Mount Everest już mi nie grozi (rozmawialiśmy w trakcie trwania imprezy - przyp. autor). Na razie mam niecałe 20 wejść, a już minęła jedna trzecia czasu. Ale to kwestia rozstrzelenia startów i zamknięcia trasy dla wszystkich. Niektórzy zaczęli biec o 8 rano, a ja o 10.30. Tych 2,5 godziny w plecy już nie odrobię.
Ostatecznie Dominik Górski zdobył Mount Everest - przyp. red.
Jaki postawił pan sobie cel?
Przebiec jak najwięcej. Po obiedzie wrócę na trasę i zobaczymy jak dalej pójdzie. Będę walczył do końca.
Co będzie pan jadł? Kurczaczek z makaronem?
Zamówiłem rybę.
Jaki cykl startowy - co ile wbiegnięć przerwa?
Po dziesięciu wbiegnięciach robię sobie około półgodzinną przerwę.
W tym czasie jakieś ćwiczenia rozciągające czy leżenie plackiem.
Po prostu odpoczynek i powrót na trasę.
Opracował pan jakąś technikę? Skakanie co trzy stopnie?
Nie, co dwa.
A jak oddychanie? Jak w pływaniu crawlem - wdech co trzy ruchy, kolejne trzy - wydech?
Jeden wdech i wydech co jeden krok.
A z czym są największe kłopoty?
Z windą. Czas, który traci się przy windzie spokojnie można byłoby wykorzystać na odpoczynek a nie stanie na klatce w kolejce do windy.
Jako miłośnik broni nie ma pan ochoty strzelać ze złości w takich sytuacjach?
Nie (śmiech).
Różnica ciśnień na poziomie -1 i 41. piętrze jest odczuwalna?
Delikatnie, ale nie ma wpływu na bieganie.
Czym dla pana różni się towerruning od - powiedzmy - crossu?
Po prostu jest inny. Jest chyba trudniejszy, ale biega się w klaustrofobicznej klatce schodowej, szare ściany, duchota, bo tu tylko co 10 pięter jest jakaś wentylacja. Warunki są więc ciężkie, ale zabawa przednia.
Przewagą crossu są też lepsze widoki na trasie.
Tu też są dobre widoki. Na klatce jest wiele dziewczyn (śmiech).
Złapał pan bakcyla i zrezygnuje z wind?
Nie, to jednorazowy start.
Jest pan trenerem crossfitu. Ta dyscyplina daje jakiś handicap na schodach?
Chyba tak. W ogóle się nie przygotowywałem, wystartowałem z marszu i daję radę. Crossfit buduje siłę i wytrzymałość, a w towerruningu obie są potrzebne.
Jak pan uwalnia umysł podczas wysiłku? Liczy schody czy zapomina o bożym świecie i tylko biegnie w koło Macieju?
Schodów nie liczę, pięter zresztą też. Wbiegam na górę, wracam windą i tak dalej.
Jako crossfitowiec na pewno ma pan na koncie udział w wielu oryginalnych imprezach. Ta jest w czołówce w tej kategorii?
Rzeczywiście ciężko o równie ciekawą imprezę. 24 godziny na klatce schodowej. To megawyzwanie!
Rozmawiał ŁZ