Po wyjątkowo upalnej sobocie, w niedzielę w Bałtowie od rana padał deszcz. Zaczęło się przed ósmą od burzy z oberwaniem chmury. Później ulewa nieco odpuściła, ale i tak dzikim biegaczom na krótszym dystansie Hunt Run prawie do końca towarzyszył deszcz. Zapowiadała się niezła jazda na stromych podejściach i zbiegach w lessowych wąwozach. Przed startem każdej fali organizatorzy ostrzegali uczestników przed ekstremalnymi warunkami.
Relacjonuje Kamil Weinberg
Okolice bałtowskiego Jura Parku, którego załoga organizuje Hunt Run, to nie tylko miejsce, gdzie znaleziono ślady dinozaurów. To również wymarzona miejscówka do wytyczania tras biegów przeprawowych. Są tu zarówno leśne wąwozy z bardzo stromymi stokami, jak i dość rozległe bagna. Dorzućmy do tego jeszcze trochę odpowiednio rozmieszczonych sztucznych przeszkód i mamy przepis na udany bieg przygodowy. Tych ostatnich nie musi być zbyt wiele – ekstremalny teren wystarczająco umila życie zawodnikom.
W sobotę swoje dorzuciła pogoda – żar z nieba, a na bagnach wilgotność powietrza niczym w Amazonii. Po sprawdzeniu na własnej skórze uroków 10-kilometrowej przeprawy, która naprawdę okazała się sporo dłuższa (szczegóły tutaj), w niedzielę wyszedłem naprzeciw zawodnikom z aparatem w ręku.
W wąwozach było więcej zjeżdżania na tyłku, niż zbiegania – zgodnie opowiadają wychodzący z ostatniego zbiornika wodnego biegacze. Niektórzy, widząc fotografa, popisują się skokami do wody różnymi technikami, a dwóch nawet wykonuje pełne salto!
Wciąż pada deszcz. Długim kanałem brodzą grupki dzikusów, z których każdy przypomina Jožina z bažin. Wśród nich spotykam Dominika Kowalewskiego z łódzkich Szakali Bałut. Po wczorajszym ukończeniu dłuższej trasy, dziś doskonale się bawi i filmuje współzawodników. Opowiada o bardzo ciężkich warunkach na zbiego-zjazdach. Na podejściach też podobno była walka o każdy metr w błocie, tam gdzie jeszcze dzień wcześniej się normalnie szło. Mimo to z racji pogody trudniej się biegło w sobotę. W dzisiejszych warunkach świetnie sobie dał radę. Najwyraźniej reprezentuje on nowy podgatunek: szakal błotny.
Przed tymi ostatnimi wodnymi przeprawami uczestnicy pokonują kilka przeszkód. Muszą m.in. przebiec przez stodołę, w której mają za zadanie wciągnąć na lince ciężki wór do sufitu. Może jeszcze porąbać drewno? – proponuje jeden z napieraczy, wzbudzając wesołość wolontariusza i współzawodników.
Na szosę poprzedzającą przeszkodowy odcinek biegacze dosłownie spadają. Powodem tego jest bardzo stromy stok, który wczoraj pokonałem pół zjazdem, pół zbiegiem, nie używając zawieszonych lin. Dziś zbieg zamienił się w szalony błotny dupozjazd, a nieskorzystanie z lin grozi bolesną kontuzją. Przekonuje się o tym jeden struś pędziwiatr, który leci między drzewami na złamanie karku, wywija kozła i... uderza potylicą o pień. Wygląda to naprawdę groźnie, ale szaleniec podnosi się jakby nic się nie stało i biegnie dalej. Ratownicy na dole oglądają go dokładnie, proponują odwiezienie, ale ten odmawia. Dostaje przykazanie zgłoszenia się do lekarza na mecie...
Zamiast butów z bieżnikiem dziś na nogach mam stare sandały, ale udaje mi się podejść stokiem, przytrzymując się traw i drzew obok wyślizganej trasy. Bardziej się boję o aparat, jak zniesie błoto na moich rękach, ale w końcu nie po to go mam, by stał za szybą. Efektowne zjazdy w wykonaniu zawodników uwiecznione na zdjęciach okazują się godne tego poświęcenia.
Równie ciekawie prezentują się widziani z góry napieracze wspinający się po siatce zwisającej z pionowego klifu. Szczególnie dzielnie radzą sobie dziewczyny. Niektóre mogą liczyć na męską pomoc we wciągnięciu się na krawędź. W końcu sam schodzę po siatce w dół i podążam w kierunku mety. Niedługo dobiegną wszyscy zawodnicy z ostatniej fali i zaczną się dekoracje...
Na mecie spotykam... bardzo mokrą suczkę Lalę, wraz z jej panią – Kasią Wysocką, równie zmoczoną i ubłoconą. Dzielna psina pokonała całą trasę wraz z Kasią i wydawała się z tego powodu bardzo szczęśliwa. Sztuczne i wspinaczkowe przeszkody oczywiście mogła ominąć, ale wszystkie przeprawy wodne z dziką radością pokonała wpław. A że w krzakach nazbierała trochę rzepów... no coż, takie pieskie życie.
Na niedzielnej trasie, która jak się okazało miała ponad 6 km, wystartowało 427 zawodników. Najszybszy był Michał Jagieło (50:49) przed Kamilem Gąsiorem (53:17) i Konradem Kawalą (53:53). Wszyscy trzej panowie wzięli udział w obu wyścigach weekendu. Najlepsza kobieta sobotniego biegu Joanna Zmokła (Soldier Team) powtórzyła i teraz swój sukces z czasem 59:49 i 9. miejscem w generalce. Tuż za nią dobiegła Karolina Korzeniowska (1:00:54), zamykając pierwszą dziesiątkę open. Na najniższym stopniu podium stanęła Ilona Brusiło (Pepsi; 1:03:10). Najlepszą drużyną okazały się Konie, spośród których na indywidualne pudło wskoczyli Konrad i Karolina.
Kamil Gąsior z Undefeated Running Team odbił sobie niezbyt udany sobotni bieg, w którym przez pomylenie trasy na mokradłach stracił sporo czasu do ścisłej czołówki i zajął 20. miejsce. Niedzielne drugie miejsce pozwoliło mu wygrać klasyfikację łączną (dubletów), przed zwycięzcą krótszego biegu Michałem Jagiełą reprezentującym Husarię Race Team oraz Damianem Marcińcem ze Smashing Pąpkins. Różnice między najszybszą trójką były sekundowe. Wśród pań bezdyskusyjnie najlepsza była podwójna zwyciężczyni Joanna Zmokła, przed Magdaleną Pałką (Pozytywnie Aktywni) i Agnieszką Misztal (Bravehearts Legionowo). Dublet zaliczyło 73 zawodników.
Pełne wyniki – TUTAJ
Oprócz zwycięzcy dubletów, niektórzy inni biegacze również wspominali o nie najlepszym oznaczeniu trasy w kilku miejscach, szczególnie na bagnach w sobotę. Przedzierając się przez moczary, nie mając taśmy w zasięgu wzroku sam też raz wszedłem w złą odnogę korytarza wodnego. Stojąc w wodzie po szyję, straciłem sporo sił na uwolnienie nóg z grząskiego dna. Taśmy mogły zostać niechcący pozrywane przez zawodników, a trasa nieraz kluczyła i jej odcinki prawie zahaczały o siebie nawzajem. Póki nikomu nic nie udowodniono, powinniśmy wierzyć, że skracający trasę uczynili to nieświadomie...
Wśród najlepszych zdania co do porównania sobotnich i niedzielnych trudności były podzielone. Joanna Zmokła, która podwójnie rozbiła stawkę, choć lepiej się czuje w chłodniejszej pogodzie, za trudniejszą uznała błotną jazdę w drugim wyścigu. Kamil Gąsior i Konrad Kawala natomiast znacznie gorzej znieśli saharyjski upał w sobotę. Pogodził ich Michał Jagieło, który uznał oba biegi za bardzo ciężkie, każdy na swój sposób, choć dużo trudnych fragmentów z soboty musiało zostać w niedzielę wyciętych, by nie przekroczyć założonego dystansu. Świadczy to dobrze o walorach bałtowskiej trasy – w końcu w biegach ekstremalnych nie może być łatwo. A pogoda w oba biegowe dni tylko dołożyła swoją cegiełkę.
Trzeci w niedzielę i piąty w dubletach Konrad Kawala przyjeżdża do Bałtowa co rok. „Piątkę” uznał za nieco łatwiejszą niż poprzednio, jeśli chodzi o samą trasę – bo nie o warunki. Trudności „dychy” natomiast według niego z roku na rok rosną, a ta ostatnia była najbardziej ekstremalna ze wszystkich.
Hunt Run kolejny raz pokazał swój charakter jednego z najtrudniejszych biegów przeprawowych w kraju, w którym najbardziej wymagającą przeszkodą jest ukształtowanie terenu. Pozytywna atmosfera i dbanie o zawodników na trasie i mecie przeważały nad niedociągnięciami. W niebezpiecznych miejscach nie brakowało zabezpieczenia medyczno-ratowniczego. Organizatorzy są otwarci na krytykę i w komentarzach obiecują poprawienie błędów w następnych edycjach. Życzymy im powodzenia i... jeszcze wrócimy do Bałtowa!
Kamil Weinberg