Adama Wasiołki 100 maratonów na urodziny. „Nie próbuję się napinać”

– Maraton to dystans, który wymaga pokory. Myślę, że to jedna z najważniejszych cech, które wyrobiłem sobie biegając – opowiada maratończyk Adam Wasiołka, który w połowie grudnia dołączył do klubu 100 Maratończyków. W rozmowie z naszym serwisem podzielił się swoim pomysłem na bieganie królewskiego dystansu i spostrzeżeniami z biegów na całym świecie. 

Jak zaczęła się Twoja szalona przygoda z bieganiem?

Zawsze byłem aktywny. Dużo grałem w tenisa, jeździłem na nartach. Niestety, mimo uprawiania sportu waga systematycznie rosła. W 2011 roku, kiedy zbliżałem się do 90 kg przy wzroście 172 cm, zacząłem rozglądać się za inną formą aktywności fizycznej. Dieta nie wchodziła w grę, bo uwielbiam jeść. Wszyscy w mediach trąbili o bieganiu, ale uważałem biegaczy za mało męskich w tych ich obcisłych spodenkach. Zdecydowałem jednak, że spróbuję.

15 czerwca 2011 r. założyłem buty do tenisa i przebiegłem swój pierwszy dystans: 2,3 km w czasie 15 minut i 2 sekundy. Bolało mnie wszystko, dwa razy musiałem się zatrzymać. Na szczęście nie odpuściłem. Kupiłem buty i zaczęło się. Popełniłem wszystkie możliwe błędy, ale spadała waga i rosło poczucie, że bieganie to jest to.

Kiedy był ten pierwszy królewski dystans?

Pojawił się plan inspirowany panującą wówczas modą: przebiec maraton na czterdzieste urodziny. Tak też się stało. Debiut zaliczyłem w Monachium w 2012 roku. To był prawdziwy koszmar: brak wybiegania, nieregularne treningi i pewność siebie zemściły się okrutnie. Maraton ukończyłem, ale te prawie 4 godziny i 40 minut zapamiętam do końca życia. Postanowiłem, że muszę to zrobić raz jeszcze.

I potem potoczyło się samo, aż do setki?

Drugi maraton był rok później we Frankfurcie i znowu nie udało się „złamać” czterech godzin. Kolejny był Wiedeń, potem dwa maratony w Polsce. Każdy z tych biegów wiąże się z jakąś istotną decyzją życiową, którą podjąłem zmagając się z królewskim dystansem. Wtedy też pojawił się tatuaż, który miał mi przypominać o tym jak bardzo maraton zmienił moje życie. A tak mniej serio, dzięki tatuażowi nawiązałem sporo przyjaźni biegowych, bo doganiający mnie biegacze często komentują te magiczne 42,195 na łydce.

Właśnie w Wiedniu spotkałem biegaczy z klubu 100 Marathon Club, którzy zarazili mnie pomysłem przebiegnięcia magicznej setki. Wiedziałem, że mój brak dyscypliny nie pozwoli mi na osiągnięcie dobrego czasu na królewskim dystansie, tak więc nie pozostało mi nic innego jak nadrobienie braków jakościowych liczbą pokonanych maratonów. Chciałem zrealizować swój plan na 50-te urodziny. Udało się cztery lata wcześniej.

Czym się kierowałeś planując kolejne starty?

Początkowo chciałem biegać maratony w dużych miastach Europy. Ograniczenia finansowe i chęć zaliczania kolejnych imprez sprawiły, że biegam również lokalnie. Dobierając imprezy kieruję się impulsem i możliwościami finansowymi. Nie mam specjalnego klucza. Nie przepadam za biegami górskimi i to chyba jedyne kryterium, które biorę pod uwagę.

Zbierasz medale, tak jak inni zbierają magnesy na lodówkę albo znaczki?

Czasami żartuję, że biegam dla medali. Jest w tym dużo prawdy, bo uwielbiam te biegowe świecidełka i brzydki medal potrafi mi popsuć humor.

Gdzie je trzymasz?

Medale zawsze trzymałem w pudełku. Chciałem jednak je jakoś wyeksponować. Ponieważ ich liczba i ciężar systematycznie rosły, nie wiedziałem jak to zrobić. W końcu podczas jednej z wizyt w supermarkecie budowlanym, wpadłem na pomysł: kupiłem niezbędne elementy za całe 45 zł i własnoręcznie wykonałem wieszak, z którego jestem bardzo dumny. Zwłaszcza, że majsterkowicz ze mnie słaby.

Stawiałeś na ilość czy jakość? Czas miał znaczenie w tym projekcie?

Biegając kilkadziesiąt imprez rocznie trudno walczyć o życiówkę. Koncentruję się na przebiegnięciu królewskiego dystansu w zdrowiu. Słucham własnego organizmu i nigdy nie próbuję „napinać się”. Zazwyczaj już na drugi dzień nie odczuwam żadnych skutków wysiłku. Za każdym razem staram się pobiec poniżej czwórki, nie zawsze wychodzi. Maraton to dystans, który wymaga pokory. Myślę, że to jedna z najważniejszych cech, które wyrobiłem sobie biegając. Maraton dla mnie to czas kiedy mogę być sam na sam i tylko ze sobą. Kiedy mogę przemyśleć ważne sprawy, a to dla mnie ważniejsze niż walka o rezultat. Mój najlepszy czas to 3:12:54 (Boston w Wielkiej Brytanii, 2018).

Który maraton wspominasz najlepiej a który najgorzej?

Jest kilka maratonów, do których mam szczególny sentyment. Zdecydowanie Chicago, Wiedeń, Lanzarote, czy Marsylia. Organizacyjnie najlepsze to Tokio, Oslo i Berlin, a w Polsce Poznań. Mam też duży sentyment do Wrocławia, który biegłem trzy razy i w nowym roku także się wybieram. Lubię swoją Silesię, choć zdaję sobie sprawę z jej licznych słabości.

Ale ulubioną imprezą jest bezkonkurencyjny Maraton Solidarności z Gdyni do Gdańska. Nie potrafię tego wytłumaczyć. Być może magia Trójmiasta, historia biegu, meta na gdańskiej starówce wśród straganów Jarmarku Dominikańskiego. Być może przyjaciel z lat szkoły średniej, świetny triatlonista i prawdziwy sportowiec – moja inspiracja, z którego gościnności zawsze korzystam. Pewnie połączenie tych wszystkich czynników. Jednak zawsze 15 sierpnia, jeśli tylko mogę, biegam w Trójmieście.

Nie przypominam sobie imprezy, którą bym źle wspominał. Czasami jestem po prostu mniej zadowolony. Największym rozczarowaniem był Maraton Nowojorski: nie czułem żadnej magii i odbieram ten najsłynniejszy bieg jako maszynkę do robienia pieniędzy.

Zdarzały Ci się jakieś przygody podczas tych licznych podróży?

Kiedy się biega w kilkunastu krajach, o przygody nietrudno. Walczyłem ze zniechęceniem, borykałem się z problemami żołądkowymi, przemokłem do suchej nitki, spaliło mnie słońce, gubiłem rzeczy. Przegapiłem lot czekając w kolejce do innego samolotu. Obcierałem wszelkie możliwe do obtarcia części ciała. Ale wiem również, że nawiązałem wiele maratońskich przyjaźni, a w moim życiu pojawiły się nowe, wartościowe osoby. Gdybym miał ograniczyć się do jednego zdarzenia, bez wahania wymieniłbym Dębno 2016. Dobiegłem skrajnie wyczerpany i w szoku po złamaniu 3h30’ nie zabrałem wody. Kiedy minąłem strefę mety, było już za późno. Tak strasznie chciało mi się pić, że nie wiedzieć czemu, rozpłakałem się jak dziecko. Przechodząca obok kobieta spytała co się stało i jak wychlipałem, że nie mam picia, dała mi swoją colę. To był najlepszy napój w moim życiu.

Gdzie wypadł ten setny królewski dystans? Świętowałeś w szczególny sposób?

Chciałem świętować swój setny maraton. Pozapraszałem ludzi, obwieściłem całemu światu ten fakt i nie udało się. Życie zweryfikowało mój plan i nie wyrobiłem się w terminie. Tak więc zmęczony tłumaczeniem kilkudziesięciu osobom dlaczego „dałem ciała” zdecydowałem, że przebiegnę i dopiero po fakcie będę się chwalił. Udało się zrealizować plan na kameralnej imprezie organizowanej przez znanego angielskiego maratończyka Adama Hollanda - Newark Showground Christmas Challenge. W sobotę 15 grudnia pobiegłem maraton nr 99 i w niedzielę nr 100. Dzięki miłemu gestowi Adama mogłem pobiec swój setny maraton z numerem 100.

Pytanie samo ciśnie się na usta: co dalej? Jak wygląda życia po setce?

W ostatnich tygodniach kilka osób pytało mnie o plany na „po setce”. Chciałbym przebiec quadzillę, 100-miler, jakąś z imprez 10 maratonów w dziesięć dni, maraton na bieżni mechanicznej i na bieżni wokół stadionu. Mam do skończenia szóstkę Abbota (cykl Abott World Marathon Majors – red.), został mi Londyn i Boston. Tak więc jest co robić. Reasumując, odpowiada mi bardzo podejście amerykańskich Marathon Maniacs, dla których najważniejsze jest uczestnictwo, zabawa, nowe miejsca, nowi ludzie, Medal Monday i cały ten świat wokół maratonu.

W takim razie życzymy Ci nieustającej radości z pokonywania 42,195 i wielu nowych wrażeń!

Rozmawiała Katarzyna Marondel