Żubracze, 20 czerwca, 12:30. „Gdy dotarł do drugiego wodopoju, widać było, że jest z nim źle. Nie śmiałem mu proponować przerwania biegu”. Tak będzie później wspominał mój kumpel Maciek, którego znowu spotykam na bufecie na 25. kilometrze. Jestem odwodniony i przegrzany, siedzę w słońcu na balach drewna, pomału popijam wodę i colę, na przemian odpływam i odzyskuję świadomość. Z tyłu głowy tylko jedna myśl. Do 13:00 muszę opuścić punkt.
* * * * *
Łopiennik, 20 czerwca, 9:00. Dotarcie na pierwszą górę zajęło mi niecałą godzinę od startu. Czy nie za szybko? Pierwsze asfaltowe dwa kilometry potraktowałem swoim zwyczajem rozgrzewkowo, a początek podejścia odbywał się gęsiego, w dwóch równoległych rządkach w gęstym tłumie napieraczy. Może tak lepiej, żeby się nie podpalać. Kiedy tylko się trochę rozluźniło, ruszyłem mocniej pod stromą górę. Tak stromą, jak przystało na Rzeźnika Sky – bieg, który zbiera około 3300 m sumy podejść na dystansie 53 km. Takich górek mamy dzisiaj sześć.
Na równie stromym zbiegu lecę szybko, wyprzedzając gdzie się da i kogo się da, szczególnie na stromych i błotnistych odcinkach. Wracają wspomnienia – tędy prowadziło podejście drugiego etapu Rzeźnika na Raty w 2017, który przebiegłem poza konkurencją jako reporter. Nagle zza pleców wyskakuje mi jeszcze szybszy zbiegacz. No nie bratku, tak się nie robi! Siadam mu na ogonie i do końca zbiegu lecimy razem. Zamieniamy parę słów – widać, że obaj lubimy taką zabawę. Życzymy sobie nawzajem powodzenia, na wypłaszczeniu mi ucieka.
Wspomniałem o błocie. Tego to będzie dziś dużo, po obfitych deszczach z ostatnich tygodni. Życia nie ułatwią też liczne wiatrołomy. Ale to nie one będą największym utrudnieniem, lecz gorąca i wilgotna pogoda. Ciepło było już na starcie, a teraz z każdą godziną temperatura jeszcze rośnie.
Na szutrowym dobiegu do bufetu mijam się z Karolem, z którym razem tu przyjechaliśmy. Później oglądał się za siebie, czy go nie gonię. Skąd miał wiedzieć, że niedługo tak mnie zetnie. Już na punkcie, przy zabytkowej cerkiewce w Łopience, pierwszy raz spotykam Maćka. Łopiennik numer dwa najpierw ciśniemy razem, później pod górę mi ucieka, aż w końcu przeganiam go na wariackim zbiegu mega stromą ścianką zaraz pod szczytem.
Póki ostro spadamy, jest fajnie. Jednak następne dwa kilosy szutru lekko w dół jestem w stanie ledwo truchtać, a czasem nawet muszę iść. Co mnie tak odcięło? Wszyscy mnie na powrót wyprzedzają, w tym ponownie Maciek. W dodatku przed następną górką nie ma bufetu. Pociągam wodę z bukłaka, ale ciężko wchodzi, bo na plecach zagrzała się prawie do wrzenia.
Znaną z klasycznego Rzeźnika ściankę wzdłuż wyciągu za Bacówką pod Honem podchodzę z trudem, a ponad nią już ledwo człapię. Podejście czerwonym szlakiem, przeplatane paroma fałszywymi wypłaszczeniami, ciągnie się jak guma od majtek. Słońce bezlitośnie pali, a w nagrzanym i wilgotnym powietrzu można zawiesić siekierę. Dymi mi z czachy i czekam tylko, aż to cierpienie się skończy. Wreszcie tabliczka: Osina 963 m.
Kawałek za szczytem spadamy ostro w lewo ścieżką pełną zwalonych drzew i błota. Kiedy ścieżka przechodzi w zrywkową drogę, błocka robi się na tony. Nawet Błotowyna nie powstydziłaby się takich jego ilości. Buty dźwięcznie ciamkają. Odrabiam kilkanaście miejsc, bo zbiegać to ja mogę nawet będąc zupełnie nieżywy.
Właśnie w takim stanie docieram na bufet. Czas 4h20, limit na wyjściu tutaj jest pięć godzin. Wydaje się, że kilo czasu. Wolontariuszka leje mi na głowę całą butlę zimnej wody. Przywraca mi to przytomność, ale tylko na chwilę.
Póki zbiegałem, adrenalina jeszcze trzymała mnie w pionie. Teraz mam siłę tylko podejść do stolika po wodę i colę i dotoczyć się do stosu bali drewna. Siadam w pełnym słońcu i na przemian odpływam i wracam do rzeczywistości. Z tego stanu wyrywa mnie Maciek, który właśnie opuszcza punkt. Chyba mówi, że źle wyglądam i że on sam obawia się, czy zmieści się w limicie. Widzę i słyszę go jak przez mgłę.
Mam na tyle świadomości, żeby co jakiś czas iśćdo bufetu po więcej picia. Z żarełka wchodzą mi tylko pomarańcze. Do przełknięcia czekolady się zmuszam. Z tyłu głowy mam cały czas myśl, że muszę się nawodnić i wyjść przed pierwszą, bo wtedy zamykają pomiar.
Z każdym łykiem wody i coli wracają siły. Wychodzę o 12:48, z 12-minutowym zapasem. Szosą, leśną drogą, ścieżką pomału wyprzedzam pod górę coraz więcej współzawodników, którzy krócej ode mnie siedzieli na punkcie. Wiem, że zaraz zrobi się stromo. Rozgrzany las paruje. To nie Bieszczady, tylko jakaś pieprzona Amazonia, czy może Badwater, tylko w wersji wilgotnej. Rzeźnik Sky? Chyba Skywater!
Tędy na Hyrlatą nie podchodziłem, ale znam ją z klasycznego Rzeźnika i wiem, że jest stroma z każdej strony. Wstępują we mnie jednak nowe siły. Im większe nachylenie terenu, tym lepiej mi idzie. Choć ciągle zgrzany słońcem, na szczyt Hyrlatej i jej bliźniaczki Rosochy docieram w założonym czasie, a na ostrym zbiegu nadrabiam jeszcze więcej.
Paśnik w Roztokach Górnych, 34 km. Od startu 6h30, pół godziny przed limitem, ale płacę cenę za ostatnią ułańską szarżę. Na szczęście są arbuzy, które ratują mi życie i wychodzę 11 minut przed zamknięciem punktu. Jeszcze nie wiem, że od tego miejsca limity będą przedłużone o pół godziny.
Podejście na piątą górę dnia – Jasło – jest długie i miejscami strome, ale na swój sposób przyjemne. Kawałek prowadzi potokiem, który fajnie chłodzi stopy i obmywa buty ze skorupy błota. W szczytowych partiach podchodzimy niekończącym się jagodowym polem. Doganiam Kubę, znajomego z treningów na naszej łódzkiej Rudzkiej Górze, który walczy ze skurczami w nogach. Mimo ogromnego bólu, skończy to przed starym (nie przedłużonym) limitem 11 godzin. Chłopak ma zadatki na niezłego górala, bo psychy mu nie brakuje.
Po szybkim zbiegu wypadamy na Drogę Mirka. Choć słońce cały czas praży, z jakiejś małej chmurki zaczyna padać krótki, intensywny deszcz. Rozgrzany asfalt natychmiast paruje. Duchota robi się nie do zniesienia. Na szczęście po niecałym kilometrze zbiegamy w las i łaki prowadzące do ostatniego punktu w Przysłupie.
Znów zimna woda na łeb i do gardła i 20 minut dochodzenia do siebie. Mnie też zaczynają łapać skurcze, ale jakoś będę musiał wytrzymać. Jest oficjalne potwierdzenie o przedłużeniu limitów. Ale dla mnie to bez znaczenia, bo już wiem, że tylko trzęsienie ziemi może mnie powstrzymać przed zmieszczeniem się w początkowo zakładanych 11 godzinach.
– Wyglądasz na zmęczonego – śmieje się główny organizator całego zamieszania Mirek Bieniecki, podając mi zimnego radlera. Lodowaty napój stawia mnie na nogi. Odpowiadam coś słabym głosem, ale po chwili wstaję i ruszam na ostatnie 10 kilosów przez Małe Jasło. Na wyjściu 8h51.
Łąki w odkrytym słońcu są jak parująca patelnia. Jeszcze na Drodze Mirka truchtem doganiam czterech maszerujących współzawodników. Pod górę czuję moc, więc postanawiam powalczyć o jak najlepszy wynik. – Masz nowe życie! – woła do mnie spotkana wcześniej dziewczyna. Podejście jest strome, takie jak lubię. Liczę wyprzedzonych ludzi. Do szczytu Małego Jasła będzie ich prawie 30.
Zbiegam spokojnym jak na siebie tempem, bojąc się skurczy w nogach. Nie przeszkadza mi to przeganiać kolejnych współzawodników. Gdzie jest stromiej, tam w naturalny sposób przyspieszam.
„Jakie było moje zdumienie, gdy 2 km przed metą minął mnie w tempie pociągu ekspresowego Kamil. No szok, nie byłem w stanie go dopędzić”. Tak napisze później Maciek, który w Żubraczem postawił na mnie krzyżyk. Na mojej liście ma numer 56.
Ostatni kilometr czerwonego szlaku jest mniej stromy, ale mega błotnisty. Od ostatniego punktu do mety wyprzedzam z moich wyliczeń 64 osoby, a według oficjalnych wyników 72. Zegar pokazuje 10h27:30 brutto. Gorące powitanie licznie zgromadzonych kibiców i piękny pozłacany medal.
Podsumowanie Rzeźnika Sky można przeczytać TUTAJ.
Pełne wyniki: TUTAJ
Następną godzinę przypominam sobie jak przez mgłę. Pamiętam dwie miski pomidorówki, spotkanie z Karolem, który skończył dwie godziny przede mną, i potem z Krzyśkiem. Kuba musiał mi się później sam przypomnieć, że ze mną rozmawiał.
Brakuje tylko piwa Rzeźnik. Ale cóż, światem rządzi złota reguła Murphy'ego. Kto ma złoto, ten tworzy reguły.
* * * * *
Czy zrobiłem jakieś błędy żywieniowe? Nie powinienem dopuścić do takiego odwodnienia. Nagrzany bukłak na plecach w taki upał się nie sprawdził, chyba lepszym rozwiązaniem byłyby dodatkowe bidony albo softflaski. Już któryś raz okazało się, że jestem mistrzem zmartwychwstań. Ułańska szarża na ostatnich 10 km daje nadzieję na lepszą formę jeszcze tego lata, która bardzo się przyda.
* * * * *
Na debiutującym w ubiegłym roku Rzeźniku Sky rozegrano mistrzostwa kraju w skyrunningu na dystansie ultra, a bieżąca edycja weszła w skład Pucharu Polski Skyrunning. Wywołało to dyskusję, czy w górach takich jak Bieszczady jest sens mówić o podniebnych biegach. Mam już jakieś doświadczenia na górnej granicy tego pojęcia, a niedługo zdobędę kolejne. Kilka miesięcy temu gdzieś napisałem, że przebiegnę Rzeźnika Sky i wtedy się wypowiem.
No to się wypowiadam. Skyrunning nie jest precyzyjnym określeniem. Niektórzy twierdzą, że do tego trzeba co najmniej 2000 metrów n.p.m. albo gdy tego brakuje, jak w przypadku Glen Coe czy Tromso, wywalonych w kosmos (jak na biegowe standardy) trudności skalnych. Jednak moim zdaniem skala stromizny podejść i zbiegów oraz współczynnik sumy podejść do dystansu umieszczają ten bieg gdzieś w pobliżu dolnej, rozmytej granicy podniebnego biegania – razem z paroma innymi naszymi biegami poza Tatrami, jak Piekło Czantorii, czy beskidzkie Maratony Leśnik.
Niezależnie, czy Rzeźnik Sky to skyrunning czy też nie, w mojej pamięci zawsze pozostanie jako Skywater.
Kamil Weinberg