Trzeci bieg Mienia Winter Trial odbył się dwa dni przed świętami Bożego Narodzenia przy wiosennej pogodzie. Było 5 stopni na plusie, a pełne słońce zerkało na biegaczy nad samym horyzontem – relacjonuje znad rzeki Mienia Jan Natowski, warszawski Ambasador Festiwalu Biegowego w Krynicy-Zdrój.
Na starcie do biegu na trzech dystansach 7, 14 i 21km stanęlo tym razem około 300 osób. Osobiście wybrałem dystans półmaratonu, a więc do przebiegnięcia miałem 3 okrążenia trasy. O 11:00 klakson samochodowy dał sygnał do startu.
Ruszyłem w zwartej grupie. Po około 300 metrach biegu ulicą Sosnową skręciliśmy w prawo i tu zaczął się prawdziwy trial. Na początek stromy podbieg na wydmę może ze 300 metrów. Było wysoko i bardzo ciężko, z boku widać było jakieś porozwalane bunkry.
Później na odcinku 1,5 km biegliśmy cały czas po wydmie, ale podbiegi i zbiegi nie były już tak ostre i długie. Na koniec zbieg z wydmy i rozpoczął się raczej płaski odcinek trasy. W typowym mazowieckim lasku sosnowym z piaszczystym podłożem trochę kluczyliśmy, ale trasa była dobrze oznaczona.
W połowie okrążenia na biegaczy czekał stolik z wodą. Niestety była ona bardzo zimna, nie bardzo można było ją pić. To uwaga do organizatorów, którzy powinni nieco inaczej zorganizować wodopój.
Po pokonaniu 4 km dotarliśmy do rzeki Mienia, która niesamowicie meandruje w kilkumetrowej głębokości parowie. Po kilkuset metrach dobiegliśmy do mostka zrobionego z powalonej kłody drewna, w stylu Indiany Jonsa, i przeprawiliśmy się na drugi brzeg rzeki. Mostek cały się uginał, na szczęście z jednej strony była barierka, której można było się przytrzymać.
Następne 2 km pobiegliśmy wzdłuż koryta rzeki, klucząc razem z nią. Przeskakiwaliśmy powalone kłody drzew ale też przeciskaliśmy się pod niskimi gałęziami. W tym fragmencie trasa biegu przypominała tę z Świder Trail Marathon.
Wkrótce dotarliśmy do mostu na obwodnicy Wiązownej. Musieliśmy zbiec pod przeprawę i przebiec rzekę po kładce zrobionej z dwóch cienkich belek ułożonych tuż nad lustrem wody. Miejsca jest dokładnie tyle, żeby zmieściły się dwie stopy.
Po zaliczeniu tej przeszkody znów biegliśmy pod mostem drogowym, podbiegając na przeciwległy wysoki brzeg. Stąd było już tylko 500m drogą gruntową do miejsca startu i skrętu na drugą rundę. Na nawrotce znów czekała na nas woda.
Drugi podbieg na wydmę był już znacznie cięższy, a za trzecim razem wydał mi się zupełnie nie do przeskoczenia. Ale dałem radę. Mięśnie były już porządnie zmęczone, na kolejnych zbiegach miałem wrażenie, że nie panuję nad nogami. Bieg po luźnym piasku w lesie też jest strasznie męczący – odkryłem Amerykę.
Na szczęście nad rzeką ścieżka była już twarda, co prawda ciągłe zmieniał się jej kierunek i nachylenie, co mocno dawało się we znaki, ale przynajmniej trasa już się tak nie dłużyła. Na tym ostatnim odcinku wyprzedziło mnie kilka osób, w tym jedna kobieta. Niestety nie miałem już dość siły, aby odeprzeć atak. Całą uwagę skupiłem na utrzymaniu tempa biegu.
Po pokonaniu ostatniego mostka i wdrapaniu się na wysoką skarpę poczułem metę. Lekko przyspieszyłem, nawet kogoś wyprzedziłem. Po wbiegnięciu na drogę gruntową zostałem skierowany przez organizatorów na parking, gdzie zorganizowano metę.
Czas 1:58:19. Dość dobry jak na tak trudny bieg i dwa miesiące w kategorii wiekowej. Na mecie otrzymałem oryginalny medal wycięty z cienkiego pnia sosenki, zupę ogórkową i herbatę.
Świetna kameralna impreza, dobrze i sprawnie zorganizowana (choć woda mogła być cieplejsza), bez komercyjnego zadęcia. Trasa ciężka ale fajna. A właściwie nie bardzo ciężka i bardzo fajna. Organizatorom należą się brawa.
Jan Natowski, Ambasador Festiwalu Biegowego w Krynicy-Zdrój