Artur i Alicja Paszczak w górach i w życiu rozumieją się bez słów

Na początku połączyła ich pasja do gór. Razem wspinali się, wyjeżdżali na wyprawy w Alpy i Himalaje. Startowali w rajdach przygodowych na świecie. Potem odkryli biegi ultra. Okazało się, że dla znanego małżeństwa taterników Alicji i Artura Paszczaków to może być nie tylko świetna forma przygotowania się do zdobywania kolejnych szczytów, ale również niezwykła przygoda.

– Z czasem zaczęło to działać jak perpetuum mobile. Im więcej biegaliśmy, tym mieliśmy lepszą formę podczas wspinaczki. Im lepiej się przygotowaliśmy do sezonu w górach tym lepsze odnosiliśmy wyniki w zawodach – mówi Artur Paszczak, wieloletni prezes Klubu Wysokogórskiego, autor ponad 30 nowych dróg wspinaczkowych w Tatrach. A żona się szeroko uśmiecha.

Rozmowa Macieja Gelberga

Panie Arturze często podkreślał Pan, że bieganie to nie była miłość od pierwszego wejrzenia. Co musiało się stać, że nie tylko przezwyciężył Pan sceptycyzm, ale stał się zapalonym zawodnikiem ultra?

Artur Paszczak: Za wszystkim stoi żona. To ona mnie namówiła. Przekonywała, że jeśli chcemy poprawić naszą kondycję – która w taternictwie jest czymś podstawowym – musimy zacząć biegać. Początki były jednak ciężkie. Zaniedbania związane z pracą w korporacji – na szczęście mam to już za sobą – bardzo mocno dawały o sobie znać. Musiało trochę potrwać zanim zacząłem odczuwać przyjemność z biegania. Alicja była dużo silniejsza.

Alicja Paszczak: Początki były dosyć żałosne, a mąż posądzał mnie nawet o celowe wydłużanie trasy. Nie mógł uwierzyć, że 10 km to taki kawał drogi. Wiedziałam jednak, że ma spore możliwości. W górach, na podejściach zawsze był lepszy ode mnie.

A Pani miała za sobą jakieś doświadczenia sportowe?

Alicja: Oboje trenowaliśmy w przeszłości gimnastykę: ja akrobatyczną, mąż sportową. Wiemy więc co to jest atmosfera startowa, rywalizacja. Z czasem zaczęło nam tego brakować. Warto dodać, że w przeszłości biegałam w zawodach na orientację. Było mi więc trochę łatwiej.

Zaczęliście jednak nie od biegów górskich czy klasycznych maratonów, ale rajdów przygodowych...

Artur: Kilkanaście lat temu było to bardzo modne. W 1998 roku wystartowaliśmy nawet w Eco Challenge w Maroku. 500 km po pustyniach i górach zajęło nam 9 i pół dnia. Wraz ze Stefanem Stefańskim oraz Krzysztofem Starnawskim byliśmy pierwszymi Polakami, którzy wzięli udział w tych zawodach. Zajęliśmy 19. miejsce, organizatorzy uznali to za świetny wynik. Aż 23 drużyny nie ukończyły rywalizacji. Mark Burnett, dyrektor rajdu witał nas na mecie i w kółko powtarzał – „I hope people in Poland will apppreciate this!” – ale „people in Poland” nie mieli o tym zielonego pojęcia! Została tylko wielka satysfakcja i opowiadanie „AMOK!”, które można jeszcze dziś znaleźć w sieci.

Alicja: Nie chcę się chwalić, ale Eko to był mój pomysł. Kiedyś przypadkiem obejrzałam o tym program na kanale Discovery i powiedziałam sobie, że musimy tam wystartować. Było to moje marzenie i bardzo się cieszę, że udało się je zrealizować. Tamta wyprawa była czymś niezapomnianym.

Co było dalej?

Artur: W 2009 r. pobiegłem swój pierwszy maraton. Oczywiście znowu wszystkiemu winna jest żona, która rok wcześniej nie tylko wystartowała, ukończyła, ale jeszcze zrobiła niezły czas 3:37 z sekundami. Cóż miałem zrobić, też musiałem spróbować. Presja była przecież nie do wytrzymania.

Alicja: Presję wywierali głównie koledzy w klubie wysokogórskim, którzy żartowali sobie z Artura, że boi się wystartować, bo dostanie lanie od żony. I za pierwszym razem niewiele brakowało!

Mimo wszystko udało się i dobiegł Pan do mety przed żoną?

Artur: Cały czas trzymam się tej zasady, ale nie mogę pozwolić sobie nawet na moment dekoncentracji! Do tej pory mam za sobą trzy maratony. Moja życiówka to 3:20, Alicja pobiegła zaledwie dwie minuty wolniej.

Kolejny przełom w karierze biegowej to start w zawodach ultra. Na początku był Bieg Rzeźnika, niespodziewanie zakończony sporym sukcesem.

Artur: Wydawało mi się, że start na dystansie 42 km i 195 m to kres moich możliwości, a imprezy ultra w górach są dla mnie nieosiągalne. Ale przypadek spowodował, że zmierzyłem się z trasą kultowego Rzeźnika.

Co się stało?

Artur: Nasz przyjaciel o pseudonimie „Bakteria”, z którym Alicja miała wystartować w Bieszczadach złapał kontuzję i chcąc nie chcąc musiałem go zastąpić. Oczywiście przed zawodami miałem jak najczarniejsze myśli. Spodziewałem się jakichś nieprawdopodobnych katuszy. Rzeczywistość okazała się jednak zupełnie inna.

Alicja: Bałam się o męża, bo był zupełnie nieprzygotowany. A on nagle zapałał jakimś optymizmem i ciągle powtarzał – „kto ma być w tym dobry, jeśli nie my?” Powątpiewałam w to, ale na trasie (po początkowych perypetiach), okazało się, że faktycznie miał rację i im bliżej końca, tym bardziej podkręcaliśmy tempo.

Nie tylko ukończyliście zawody, ale byliście najlepsi w kategorii zespołów mieszanych.

Artur: To była wielka niespodzianka. Wykorzystaliśmy nasze doświadczenie z taternictwa. Przecież całe nasze dotychczasowe życie to było wchodzenie i schodzenie z gór. Byliśmy przyzwyczajeni do wielogodzinnego wysiłku, bólu, współpracy. Kiedy spojrzałem na profil trasy od razu wskazałem punkt krytyczny – 55km, Smerek. Podejście na Połoniny. Powiedziałem do Alicji – jeśli będziemy jeszcze stać na nogach – tu zaatakujemy. I tak dokładnie zrobiliśmy. Ale muszę przyznać, że zwycięstwo w Rzeźniku mocno nas zmotywowało.

Woli Pan biegać po górach niż startować w klasycznych maratonach?

Artur: Zdecydowanie tak. Oczywiście jak każdy z biegaczy na początku biegu chcę sobie odpuścić, marzę o odpoczynku i mam wszystkiego dosyć. Ale – i to jest niesamowite – że po 6-7 godzinach to wszystko mija. Przestaje boleć i pojawia się dziwna przyjemność.

Jak wyglądała współpraca w zespole?

Artur: Jesteśmy jej nauczeni po latach wspólnej wspinaczki w górach. Znamy się na wylot, komunikujemy bez słów, wszystko wiemy o swoich przyzwyczajeniach. Kiedy na początku biegu powiedziałem Alicji: słuchaj, czy nie za szybko wystartowaliśmy? Jej odpowiedź była znacząca: co Cię boli?

Alicja: Dla mnie jest wielką przyjemnością, że możemy razem uprawiać sport, robić to, co lubimy. Motywujemy się wzajemnie – to jest nie do przecenienia. To bardzo ważne, że nie muszę mężowi tłumaczyć, o co chodzi w mojej pasji. Godzinami możemy dyskutować o szczegółach treningu albo wspinaczkowych planach i to jest coś, co nas bardzo łączy.

Bieg Rzeźnika to nie był jednak najdłuższy dystans, który pokonaliście. W zeszłym roku zdecydowaliście się na start w festiwalowym Biegu 7 Dolin. Bolało?

Artur: Oj tak. To był najtrudniejsze zawody w moim życiu. I tu nie chodziło o dystans. W Krynicy trasa jest bardziej biegowa niż typowo górska. A ja lubię imprezy gdzie jest duże przewyższenie, bo podczas podejścia – paradoksalnie – odpoczywam. Taki wielogodzinny trucht mnie bardzo męczy, bo jestem słabszym biegaczem. Dodatkowo startowałem z niedoleczoną kontuzją kolana. Przez większość trasy było strasznie, ale ostatnie 20 km to czysta euforia. Czułem się jakbym dostał skrzydeł.

Przybiegł Pan przed żoną?

Artur: Na szczęście mnie nie dogoniła, ale muszę przyznać, że poszło jej świetnie. Zajęła siódme miejsce wśród kobiet. Jest niesamowicie twarda i wytrzymała. Choć też miała kryzys.

Alicja: Nie uważam, że pobiegłam dobrze. Strasznie dostałam w kość na końcówce i zupełnie ją odpuściłam. Zemściło się niestety zbyt słabe przygotowanie, za mało wybieganych kilometrów. Teraz po prostu cieszę się, że zaliczyłam „setkę”.

Czy w tym roku również przyjedziecie do Krynicy?

Artur: Mamy w planach kolejnego Rzeźnika i bieg ultra Granią Tatr, więc zobaczymy. Ale jeśli się pojawimy na Festiwalu to wystartujemy na 66 km.

Osiągacie świetne wyniki, więc musicie bardzo dużo trenować?

Artur: Znajomi też tak myślą. Ale wychodzi tego raptem 40 km w tygodniu. Przed zawodami może trochę więcej. Czujemy, że taka ilość jest dla nas optymalna.

Macie jakieś marzenia związane ze startami za granicą?

Artur: Myślę o dwóch imprezach: Ultra Trail du Mont Blanc i Transvulcania. W pierwszym przypadku trafilibyśmy w miejsce, które dobrze znamy ze względu na nasze wyprawy alpejskie. O Transvulcanii z kolei bardzo dużo dobrego słyszeliśmy od naszych znajomych.

Alicja: Ja do tych dwóch imprez dorzuciłabym jeszcze Trans Alpine. To 7 dni harówki. Bieg w parach, bardzo chciałabym tego spróbować. Niestety małżonek nie pała entuzjazmem, uważa że to strata czasu. O Maratonie Piasków też nie chce słyszeć…

A jakie ma Pan plany związane ze wspinaczką?

Artur: Ciągle kręci mnie eksploracja. Myślę o wytoczeniu kilku nowych dróg w Tatrach. Do tej pory mam ich ponad 30.

Czy rzeczywiście można coś jeszcze nowego znaleźć w naszych najwyższych górach?

Artur: Jasne, że tak, ale na razie nic nie powiem. Konkurencja nie śpi (śmiech).

A chodzą Panu po głowie jakieś zagraniczne wyjazdy w wysokie góry?

Artur: Przyznam szczerze, że od czasu jak mam rodzinę włączył mi się hamulec. Trochę inaczej już patrzę na wspinanie. Byłem zarówno w Himalajach jak i w Tienszan i Patagonii. Teraz wystarczą mi Tatry oraz Alpy.

I bieganie?

Artur: Oczywiście. Teraz jest dla mnie równie ważne jak wspinaczka.

Alicja: Ja też nie mogę sobie wyobrazić życia bez biegania.

Rozmawiał Maciej Gelberg