Chorzowski Bieg Wiosenny po Parku Śląskim ma już swoją tradycję, bo w tym roku odbył się po raz siódmy, ale dopiero drugi raz meta była usytuowana na odnowionym Stadionie Śląskim. I ta meta właśnie jest największą wartością dodaną tego biegu.
10-kilometrowa trasa przebiegała jedną pętlą w całości po Parku Śląskim, ale myliłby się ten, kto by myślał, że będzie to lekka i szybka przebieżka parkowymi alejkami. 88 metrów przewyższenia na miejskiej asfaltowej dyszce to już coś. Najdłuższy podbieg na 3. kilometrze ul. Leśną zweryfikował niejednemu zawodnikowi tempo startowe.
Dodatkowo, choć pogoda nas rozpieściła, tworząc piękne okno nawet z przebłyskami słońca, podczas gdy w sobotę i noc przed biegiem w całej Polsce szalały wichury z gradobiciem (tu wyrazy szacunku dla uczestników ZUK) i w dwie godziny po biegu ulewy wróciły, to wiatr jednak uparcie przypominał o swoim istnieniu i wszystko było dobrze, póki wiał w plecy. Trasa kręciła jednak po całym parku i z nim też trzeba było się zmierzyć.
Wszelkie trudy wynagradzał jednak finisz na płycie Stadionu, słynnym od meczu Polska – Anglia w 1973 r., Kotle Czarownic. W latach 2009-2017 Stadion przeszedł gruntowną przebudowę. Maraton Silesia w październiku 2017 był pierwszą imprezą, dla której otwarto bieżnię stadionu i już wtedy, robiąc prawie trzy czwarte okrążenia, wrażenia z finiszu były niesamowite. To właśnie dla tych ostatnich kilkuset metrów pojechałam z Warszawy na 6. Bieg Wiosenny w 2018 r. i na siódmą edycję teraz.
Tym razem przebiegliśmy niecałe 200 metrów., ale wystarczyło, by endorfiny przybrały dwukrotnie na sile. Ponieważ trasę już znałam, wiedziałam, że po zawijkach w parkowych alejkach jeszcze tylko agrafka w Alei Harcerskiej i zaraz za nią czekał wbieg na tartanową bieżnię. Gdy biegnie się w środku stawki, a więc w największym zagęszczeniu, biegu, który ukończyło prawie 2350 osób, to nieustannie towarzyszy nam głośny tupot butów na asfalcie. W momencie, gdy znaleźliśmy się na miękkiej bieżni – słyszeliśmy już tylko swoje oddechy i głos konferansjera. Piękna sprawa!
Cieszę się, że organizatorzy wyciągnęli wnioski z pierwszej edycji Biegu z finiszem na Stadionie. Wówczas ze względu na bardzo niefortunne usytuowanie strefy medalowej tuż za metą i kierowanie zawodników od razu najbliższym wyjściem poza mury Stadionu, w minutach szczytowych autentycznie trzeba było odstać w kolejce, żeby przekroczyć linię mety, o tłumie bezpośrednio za nią nie wspominając. Tym razem mogliśmy swobodnie poruszać się po bieżni za metą i o jakimkolwiek większym dyskomforcie nie można było mówić. Szkoda tylko, że i tym razem zaniechano startu falowego – co przy takiej liczbie uczestników i jednak mało przepustowych alejkach parkowych było by to bardzo wskazane – czy chociażby wyznaczenia stref startowych.
Strefa regeneracyjna nie była może szczególnie obfita – woda na punkcie na półmetku i za metą i w ramach ciepłego posiłku żurek, ale zacny medal będzie przypominał o tych chwilach, gdy choć troszeczkę można było się poczuć jak nasza czołowa sprinterka Ewa Swoboda czy rekordzista na 600 m. Adam Kszczot.
Magdalena Wilk, Ambasadorka Festiwalu Biegów