Adam Kimble już niemal na mecie. Dzisiaj pokona ostatnie kilometry i przekroczy metę swojego wyzwania na Tybee Island. Zostawi za sobą dni pełne bólu, kontuzji i frustracji.
Liczne przerwy w biegu spowodowały, że nie udało mu się pokonać trasy przez Amerykę w 46 dni. Dzisiaj, gdy zakończy się ten bieg, minie 60 dzień projektu. Jak na ironię, gdy szanse na rekord Guinnesa przepadły, Kimble zaczął częściej pokonywać długie dystanse w ciągu dnia. Najwięcej kilometrów przebiegł 7 kwietnia – aż 117. Jednak taki wysiłek zakończył się interwencją medyczną. Jego kontuzja nie dała za wygraną.
Zupełnie inaczej przebiega 5000-kilometrowy bieg przez niewidomego biegacza Jasona Romero, który jest w drodze już od 21 dni. Ma za sobą 1600 km. Jak w szwajcarskim zegarku realizuje plan, starając się pokonywać dziennie ok. 80 km, chociaż nie obyło się bez komplikacji. Na szczęście jego kontuzja kostki i nadwyrężony Achilles nie wymagają przerw w biegu. Romero nie ma też szczęścia do pogody.
„Nauczyłem się, że gdy biegniesz w burzy, musisz kontynuować. Nie ma sensu rezygnować. Burza w końcu minie i sprawy zaczną wyglądać lepiej” - napisał w swojej relacji Romero, który ze stoickim spokojem podchodzi do ostatnio niemal codziennej porcji deszczu.
Po przygodach Serga Girarda z dzikimi zwierzętami, nadgorliwymi policjantami i atakiem psów, Francuz kontynuuje amerykański etap biegu dookoła świata. W trasie jest już 74 dni. Wczoraj, po 73 dniach, 7 godzinach i 29 minutach przekroczył 5000 km. Do wszystkich problemów na tle różnic francusko-amerykańskich doszły kłopoty z grypą żołądkową. Mimo osłabienia Serge pokonuje codziennie ok. 70 km.
Tymczasem Patrick Malandain bijący rekord w biegu na dystansie 10 000km minął półmetek. Pokonał po 56 dniach 5518,69 km. Z żelazną konsekwencją każdy etap kończy dystansem ok. 100 km. Pogoda mu dopisuje, wiatr wieje w plecy, na trasie towarzyszą mu miejscowi biegacze, a na metach etapów czekają media. Jedynym problemem wydaje się być konieczność korekty trasy przy zbyt niebezpiecznym ruchu drogowym.
IB