Daniel Łazarek: „Meta albo szpital”

Praca nagrodzona w konkursie „Mój Bieg. Mój Festiwal 2014”

Wiecie jak to jest spełnić Marzenie? Takie naprawdę Wielkie? Jakiś czas temu znów sobie przypomniałem to uczucie wbiegając wraz z Eweliną na metę Biegu Rzeźnika. Totalny emocjonalny kosmos!

OK, Wielkie Marzenie spełnione i... i co dalej? Potrzeba chwili, czasem momentu, by w sercu owo "stare" marzenie zamienić na "NOWE" - bo człowiek to taka istota, że musi marzyć. Planować. Dążyć do jakiegoś celu. Kto tego nie robi, jest bardzo smutny.

Tak było właśnie ze mną. "Gdy emocje już opadną, jak po wielkiej bitwie kurz", jak śpiewał klasyk. Wpadłem w najzwyklejszego w świecie doła. Finanse nie pozwoliły pojechać w góry na ulubione wyścigi etapowe MTB. Kalendarz tak się dziwnie poukładał, że musiałem również odpuścić naszą prywatną TransCarpatię - wyprawę wzdłuż całego pasma polskich Karpat. No po prostu dół na maxa!

Ale natura nie lubi próżni. Rozsmakowany w rzeźnikowych endorfinach i świetnym towarzystwie Eweliny, zgłosiłem aneks do startu we wrześniowym Ultramaratonie 66km. Krótszej odmianie Biegu 7 Dolin. Miejsce akcji, Beskid Sądecki z bazą w Krynicy Zdroju. Wydarzenie będące częścią największego w Polsce święta biegaczy - PZU Festiwalu Biegowego.

Im bliżej startu, tym coraz większa pewność, że zapełnia się pustka po Wielkim Spełnionym Marzeniu - wróciły chęci do treningu, a studiowanie mapy przyprawiało o pozytywne wypieki na twarzy i problemy z zaśnięciem. Nie mogło być inaczej, wszak czerwony szlak do Rytra i Pasmo Radziejowej to jedne z moich ulubionych tras znanych z rowerowych akcji. A Rogacze i zjazd na Obidzę to po prostu wielbię i kocham miłością bezgraniczną! Niesamowitość zbliżającego się biegu polegała więc na tym, że miałem na nowo odkryć ulubione miejsca - bo bieganie to nie rower, wszystko dzieje się zupełnie inaczej. Co innego boli, co innego cieszy.

Mimo zbliżającej się trzydziestki (ależ ja jestem stary!), cieszyłem się jak przedszkolak, że będą piękne góry, wymarzona pogoda (innej nie brałem pod uwagę) i świetne towarzystwo Eweliny.

Jak to w życiu, nie wszystko mogło pójść po naszej myśli. Moja teammate została uwiązana w pracy, a ja rozchrzaniłem kolano, euforycznie biegając z mapą na eliminacji Pucharu Polski w Pieszych Maratonach na Orientację „Dajar Czarna Cobra”. Był trzeci tydzień sierpnia, niespełna dwadzieścia dni do startu w Krynicy.

Ewelina zawyrokowała, że na 10000% nie pojedzie. To był dół. „Nie ważne co, ważne z kim” - no nie? I jeszcze ta noga... Po dwóch dniach przestała boleć, więc wystartowałem w kolejnej 50-tce na orientację, w „Maczudze Stolema”. To było nierozsądne, ale liczyłem na fart. Że „rozbiegam” nogę i wszystko będzie OK. Nic z tych rzeczy. Znów musiałem zejść z trasy i w bólach wlec się do bazy. Do startu w Krynicy pozostało 6 dni.

Lepiej późno niż wcale - pognałem w te pędy do fizjoterapeutki Marty po poradę. I magiczny ratunek. Tu przycisnęła, tam pociągnęła - znalazła źródło bólu. Skomplikowana diagnoza („ale nie będziesz biegać w najbliższym czasie?”) i szeroko wytrzeszczone oczy specjalistki, która słucha o planach swego pacjenta - bynajmniej nie zgodnych z jej zaleceniami. Głębokie westchnięcie i „nic nie obiecuję, ale spróbujemy to jakoś zablokować” wlało w me serce nadzieję, że ukończę ten ultramaraton. Dokładnie, „ukończę” a nie „powalczę o wynik”. Zdałem sobie sprawę, że moje biegowe życie wisi na naprawdę cienkim włosku i nie mogę przegiąć. To znaczy już przegiąłem, ale żeby nie zrobić tego bardziej.

Moja natura „podium albo szpital” bardzo cierpiała z tego powodu, ale wytłumaczyłem jej, że jako świeżo upieczony trzydziestolatek (tak, w międzyczasie „przestawiłem” licznik i zmieniłem kategorię startową...) muszę już na siebie uważać.

Udręczony fizjo ćwiczeniami, poklejony jakimiś magicznymi tejpami, z przeciwbólowym ketonalem w garści pojechałem na podbój Krynicy. I teraz najlepsze: nie pojechałem sam! Dosłownie 48h przed wyjazdem rozmawiałem z moją hardcore'ową, słynącą z ekstremalnej spontaniczności przyjaciółką - eMkiem. Jest młodszą siostrą mego rowerowego mega hardcore'owego kumpla Nacza - to było oczywiste, że słysząc „eM, jest taka akcja: bieg w Krynicy. Sześćdziesiąt sześć kilometrów po górach. Pojutrze. I mam wolne miejsce”, odpowie „No pewnie, że jadę!”.

Wesoła, choć pełna obaw gromada w czwartkową noc obrała kurs na południe. Spontaniczny klimat udzielił się też mojej Babci, która zabrała się z nami do Gowarczowa. Odwiedzić rodzinę.

W samo południe wylądowaliśmy w Krynicy. Po 870 km (trochę naokoło, bo Babcia) ciekawej podróży (współpasażerowie z BlaBlaCar są zazwyczaj interesującymi osobami). I tu same miłe niespodzianki.

Po pierwsze idealna turystyczna pogoda. Pełne słońce i wrześniowy żar z nieba. Po drugie bardzo turystyczny klimat samej Krynicy, która przywitała nas wesołym gwarem licznych przyjezdnych i... korkiem na głównej ulicy.

Po trzecie bezproblemowe załatwienie formalności w Biurze Zawodów. Zmiana danych, odbiór pakietów - bez stresu, bez kolejki. Wszyscy wokół uśmiechnięci. To lubię!

I przede wszystkim po czwarte. Na maxa MEGA niespodzianka ze strony samego Organizatora! Dzięki zupełnie bezinteresownemu wstawiennictwu pani Pauliny z biura Organizatora dostaliśmy noclegowy przydział w DW Hajduczek. W tym miejscu pragnę niesamowicie podziękować za okazane serce i uratowanie naszych nieogarniętych głów, które odpowiednio wcześnie nie zadbały o nocleg. DZIĘKUJĘ!

Szczęśliwi, zakwaterowani, najedzeni - mogliśmy chłonąć klimat Festiwalu. Co chwila zewsząd było widać biegnących ludzi z numerami startowymi. To uczestnicy wielu piątkowych biegów. Nawet nocą mogliśmy powydzierać się z balkonu, kibicując startującym w Biegu Nocnym. Istne szaleństwo.

Teraz nadeszła kolej na ultrasów. Punkt 3:00 z krynickiego deptaka wyruszyła kilkusetosobowa banda największych twardzieli obojga płci na 100km trasy Biegu 7 Dolin.

3:10 to już pora na nas. Chóralne odliczanie, wystrzał startowy i błogosławieństwo Pana z Mikrofonem - do końca życia będę pamiętać te chwile! Kibice również nie zawiedli - Pan z Trąbką przygrywał nam raźno, wzruszyłem się bardzo!

Chwilę później zapadł mrok - wybiegliśmy z centrum kierując się śpiącymi krynickimi uliczkami ku górze. Cisza przerywana cichym tupotem trailowych butów i głośniejszym oddechem biegnących. Mrok rozświetlany setkami czołówek - widok i atmosfera magiczne!

„Tylko spokojnie, tylko spokojnie!” powtarzałem sobie w duchu. Trzymałem się blisko eM, która mając z tyłu głowy zbliżający się wyjazd do Indonezji, również nie chciała zrobić sobie krzywdy.

Niestety stało się to, czego tak bardzo się bałem. Noga przestała działać na podbiegu na Jaworzynę. Po 5km od startu rozdzierający ból przeszywał nogę. I dumę. Mogłem iść, nie mogłem biec. Postanowiłem spróbować kontynuować trasę. Widmo nie zmieszczenia się w limicie na pierwszym punkcie pomiarowym przesłoniło praktycznie całą radość. Z uczestnictwa w biegu. Bowiem serce nadal skakało z radości, że znów może bić w pięknych górach ,w niezwykłych okolicznościach przyrody. Wschód słońca przywoływał fajne wspomnienia. Wszystko było idealne, tylko ta noga...

No nic, po płaskim i w dół traciłem mnóstwo czasu, za to pod górę szło mi całkiem nieźle - wykreowała się grupa współuczestników, z którymi co chwilę mijaliśmy się - oni mnie wyprzedzali na zbiegach, ja ich na podejściach. I tak to szło.

Herbata na Hali Łabowskiej i dalej ku Rytru!

Jakoś doczłapałem się do Przepaku nr 1. Pół godziny przed końcem limitu. Co dalej? Pomachałem tą nogą, założyłem świeże skarpety i lekkie ciuchy „na dzień”... i polazłem dalej! Nowy zastrzyk energii i szlak lekko w górę podładowały akumulatory i wiarę w końcowy sukces. Nie zachwiała jej nawet mordercza ściana szlaku na Przehybę. Doganianych ludzi bezpardonowo dopingowałem do walki. Tuż przed bufetem na Przehybie spotkałem eM wracającą już stamtąd - zmęczoną, ale uśmiechniętą. Napierała na Radziejową - nie mogłem być gorszy :)

Doładowanie harbatą i miłym słowem wolontariuszy było na tyle skuteczne, że pod Radziejową wdrapałem się z wielkim bananem na buzi. Po drodze postanowiłem zawalczyć. Łyknąłem kolejną niebieską pigułkę ketonalu. A co potem się działo....

Obejrzyjcie:

Dziękuję wszystkim razem i każdemu z osobna. Wolontariuszom, Pani Paulinie, paniom Recepcjonistkom. Wszystkim zaangażowanym w to wydarzenie. Wrócę tu za rok, zdrowszy i silniejszy. Bogatszy w doświadczenia. Bo warto wracać do dobrych ludzi!

Kawaler Wieczorową Porą.

Daniel Łazarek

Wiecej zdjęć