Przed dwoma tygodniami, 24 lutego Dariusz Laksa wystartował w Sahara Marathon. Był jedynym Polakiem w stawce. W inauguracyjnym biegu swojego projektu 7K 7M 7S, w ramach którego planuje przebiec siedem maratonów na siedmiu różnych kontynentach dla siedmiu szkół podstawowych w swoim mieście, zajął fenomenalne drugie miejsce. Po powrocie do kraju opowiedział nam o tym, co przeżył przez kilka dni na pustyni.
Gdybyś miał jednym słowem opisać tę przygodę?
Na pewno nie jednym, po prostu się nie da.
A wieloma słowami? Jak było w Afryce?
Wracając samolotem czy nawet zasypiając tam po kilku dniach pobytu miałem w głowie wiele historii, które chciałbym opowiedzieć po powrocie. Ale nie jestem chyba w stanie tego zobrazować. To jest inny świat. Mam wrażenie, że nasze problemy nie są problemami w zetknięciu z tamtą rzeczywistością.
(chwila zastanowienia)
Pierwszego dnia obudziłem się w Smarze i pierwsze moje skojarzenie to „Jak rozpętałem II wojnę światową” i Franek Dolas w Legii Cudzoziemskiej – tak to wyglądało, prawdziwe realia życia na pustyni, w domkach z gliny, gdzie siedzi się i śpi na podłodze. Sahara Zachodnia jest uznana za niepodległe państwo przez zaledwie 50 krajów na świecie. Pobyt tam można podzielić na dwa aspekty – sportowy związany z maratonem i to, co się dzieje w Saharze Zachodniej, jak żyją ludzie, jaką mają kulturę. Ta druga strona wywarła na mnie wielkie wrażenie.
Jak przyjęli Was miejscowi?
Byliśmy traktowani jak członkowie rodziny. Każdy z maratończyków był przydzielony do danej rodziny, z którą żyliśmy przez cały pobyt na Saharze. Wspólnie jedliśmy posiłki, byliśmy wdrożeni w ich rytm dnia, który jest chyba kilkanaście razy wolniejszy niż ten, który na co dzień mamy w Europie. Początkowo było trudno się przestawić, bo jesteśmy przyzwyczajeni do życia w biegu, choć tego nie zauważmy. Tam wszystko dzieje się powoli. Jest poranek, wszyscy się zbierają w pokoju, siadają na ziemi wokół malutkiego stolika i parzą herbatę. To parzenie herbaty trwa czasami kilkadziesiąt minut, bo po prostu nie ma się gdzie spieszyć. Przelewanie z kubeczka do kubeczka było na początku czymś zadziwiającym, później starałem się zaobserwować w tym jakąś logikę, ale to po prostu taki rytuał, mogą to robić godzinami.
Jak się czułeś w „swojej” rodzinie?
Było nas tam pięcioro – oprócz mnie dwóch chłopaków z Rumunii i para rumuńsko-hiszpańska. Dla każdego z nas zetknięcie z tamtą kultura było szokiem, choć od samego początku byliśmy traktowani jak członkowie rodziny. Ludzie tam są cały czas uśmiechnięci! Dzieci wskakiwały nam na ręce i głowy. Gdziekolwiek szliśmy, mieliśmy obstawę dzieciaków. Wszyscy są bardzo zadowoleni, że ktoś do nich przyjechał. Było ciężko się porozumieć, chociaż nie było to niemożliwe. Część Saharawi mówi w dialekcie hiszpańskim. W moim przypadku był taki śmieszny łańcuszek, gdyż moim skromnym angielskim dogadywałem się z Rumunem Andriejem, on po rumuńsku mówił do Siemiery, która tłumaczyła na hiszpański swojemu chłopakowi Jesusowi i dopiero on rozmawiał z miejscowymi we właściwym dialekcie. Informacja zwrotna trafiała do mnie w taki sam sposób.
Czy mieszkańcy Sahary nie patrzą na Europejczyków, którzy przyjeżdżają specjalnie, żeby biegać po pustyni, jak na wariatów?
Myślę, że w innym państwie by tak było. Sahara Zachodnia dalej walczy o uznanie autonomii. Zabierano nas na wycieczki do muzeum wojny, szpitala, szkoły. To, co tam zobaczyliśmy, konflikt w jakim znajduje się Sahara Zachodnia jest dużym problemem, a w Europie się o tym nie mówi. Widzieliśmy filmy z 2013 roku, na których kobiety były bite i maltretowane na ulicach przez marokańskich żołnierzy i rebeliantów, ludzi nie uznających Wolnej Sahary Zachodniej. To było dla nas największym szokiem. Teraz mamy konflikt ukraiński i wszyscy nagle zauważyli, że są wojny, a tam mają taką rzeczywistość od 35 lat.
Akurat w samej Smarze i miejscowościach, przez które wiodła trasa maratonu, konfliktów nie było (albo nie było na czas naszego pobytu), ale cały czas towarzyszyło nam wojsko i policja. Podczas maratonu także przy każdym z nas jechał wóz patrolowy. Myślę też, że do Sahary Zachodniej bardzo trudno przyjechać turystycznie, bo w Algierii skrajnie rygorystycznie podchodzą do wydawania wiz.
Przechodząc zatem do samego maratonu – jak wyglądała trasa? Napisałeś do nas po biegu w sms-ie, że „piasek, żwir, piasek, piasek….”. Na trasie jest cokolwiek innego?
Biegnie się po prostu po pustyni, głównie kamienisto-żwirowej, ale są też fragmenty piaszczyste. To nie jest piasek taki jak u nas, ma bardzo drobną frakcję i można się w nim naprawdę zakopać. Trasa wiodła taką serpentyną, łącząc trzy miasta i miejscowości. Ukształtowanie terenu… Cóż, cały czas albo pod górkę, albo z górki. Na półmetku zaczął mi uciekać prowadzący zawodnik, bo słabłem. Kiedy straciłem go z oczu, wokół była tylko prosta linia horyzontu i sam piasek. Za mną również nikogo nie było widać. Obok tylko wóz patrolowy. Dopiero na około 10 km przed metą zaczęli pojawiać się zawodnicy, którzy biegli na dystansie połowę krótszym, a start mieli z połowy dystansu maratonu.
Trudno się biega po piasku? Biegałeś już kiedyś po takim podłożu?
Jeśli chodzi o zawody, to pierwszy raz biegłem po piasku. Nie polecam tego, zwłaszcza na dystansie maratonu (śmiech). Do 30 km może to być fajna zabawa, ale potem podłoże i upał dają solidnie w kość.
No właśnie – upał. Jak zniosłeś taką zmianę klimatu?
28 stopni nie jest taką wysoką temperaturą, u nas też się zdarza. Ale w zetknięciu z profilem i podłożem trasy robi swoje. Wyniki są znacznie słabsze – na przykład zwycięzca uzyskał wynik 2:50, a jego rekord życiowy wynosi 2:28. Ja też pobiegłem prawie 30 minut gorzej od rekordu życiowego zrobionego na asfalcie. To pokazuje, jak ciężka była trasa.
Co było najtrudniejsze?
Ból. Od 30 kilometra skupiałem się na tym, żeby nie myśleć jak bardzo mnie wszystko boli. Pierwszy raz mi się zdarzyło, że klatka piersiowa, plecy i ręce bolały mnie bardziej niż nogi. Tuż przed metą zaczęły mnie łapać skurcze w nogach, ale nie było to tak dotkliwe jak bóle górnej partii mięśni. To bardzo wyczerpujący maraton.
Kiedy biegasz maratony w Polsce, mijasz miasta, domy, zmienia się widok… Na Saharze jest sam piasek. O czym się myśli podczas tak długiego biegu, kiedy nie ma na czym „zawiesić oka”?
To jest najgorsze. Wszystko wygląda tak samo! Nie da się tego porównać z polskimi maratonami. Na 30. kilometrze, poza odczuwanym zmęczeniem, wydawało mi się, że dopiero zaczynam, bo wszystko wyglądało tak samo jak na starcie. Na półmetku mijaliśmy jedną wioskę, gdzie kibicowali nam mieszkańcy. To była jedyna atrakcja na trasie. Poza tym cały czas wydawało mi się, że się nie poruszam i to dopiero początek.
Do tego trasa była oznaczona co 10 km, więc od jednego do drugiego znacznika dłużyło się strasznie. Na 5-6 km oderwaliśmy się w czwórkę od grupy i z każdym kilometrem oddalaliśmy się od siebie. Od półmetka biegłem właściwie sam i ta walka z samym sobą była trudna. Na szczęście miałem w głowie coś, co mi dodawało sił, a w zasadzie powodowało , że troszkę mniej bolało. Powtarzałem w myślach liczby 1604… To taki mój talizman. Pomagało.
Podsumowując – jaki obraz utkwił najmocniej w Twojej pamięci?
Przede wszystkim parada narodowa, w której braliśmy udział trzy dni po maratonie. W orszakach maszerowały dzieciaki ze szkół, żołnierze, orkiestra narodowa i… maratończycy z 26 państw. Szliśmy przed premierem i ministrami. Jak zobaczyłem tą ich paradę, kompanię reprezentacyjną, to po prostu się uśmiechnąłem. To było trochę tak, jakby paradę robili uczniowie podstawówki. W technikum grałem w orkiestrze i nasza musztra, jako nastolatków, była bardziej profesjonalna niż tam musztra reprezentacyjna wojska narodowego. Ale w tym wszystkim było serce – dzieci, które śpiewały dla ministrów, żołnierzy, choć każdy maszerował innym rytmem. Oni prezentowali się z ogromną dumą, nieśli flagę, walczyli o swój kraj. To mnie ujęło. Chyliłem czoła widząc to jak bardzo się starają, jak im zależy, jak wkładają w to całe serce!!
Wyobraźmy sobie, że w Polsce są tylko trzy miasta… I to na przykład Bytom, Częstochowa i Pszczyna, a poza nimi pusto. Żadnych jezior, lasów... nic. Trudno to sobie wyobrazić, prawda? Tak wygląda Sahara Zachodnia – trzy miasta w pobliżu siebie i potem pustynia. Są oczywiście inne miejscowości, ale bardzo oddalone. Ci ludzie cieszą się nie tym, że ktoś im przywozi pomoc materialną, leki, ciuchy czy sprzęt sportowy, ale tym, że przyjeżdża ktoś z Europy, mieszka z nimi i ogląda jak żyją.
Chciałbyś tam wrócić?
Z pewnością wrócę w to miejsce. Może nie dla wyniku sportowego i samego maratonu, ale dla tych ludzi. By po prostu z nimi poprzebywać. Znając mnie, pewnie będąc tam, będę chciał również wystartować w maratonie, ale nie samo zwycięstwo w nim jest ważne. Wyjeżdżając powiedziałem do Diega, który jest organizatorem maratonu, że na pewno wrócę...
Przed tobą jeszcze 6 maratonów…
Kolejny etap projektu to Bratysława, w której biegnę 6 kwietnia. Potem Vancouver, dokąd wylatuję 30 kwietnia. Dopiero będąc w Afryce uświadomiłem sobie, jak trudny będzie czwarty etap, w Bogocie na wysokości ponad 3 tys. metrów. Wciąż szukam też sponsorów, którzy pomogą mi zdobyć środki na pobyt w Kolumbii, bo bilety już mam. Brakuje jeszcze sponsorów na Sydney i Antarktydę, ostatnie dwa maratony. I oczywiście cały czas staram się zdobyć kolejnych sponsorów dla szkół - zaskakujące, jak wiele z nich prosi nie tylko np. o sprzęt sportowy, ale o materiały budowlane na remont
Jest więc dla kogo i po co biegać. Trzymamy kciuki!
Rozmawiała Katarzyna Marondel
Więcej zdjęć oraz filmy można znaleźć na stronie projektu Darka: KLIKNIJ
O kolejnych planach startowych Darka i efektach jego saharyjskiej wyprawy napiszemy już niebawem. Śledźcie z uwagą nasze strony.