Grzegorz Rogóż uczył się sztuki ultramaratonu na własnych błędach. Nabierał doświadczenia trenując i startując od 20 lat w wyścigach kolarskich i od 7 lat w biegowych. To, co przez ten czas przyswoił, swoje techniki i rozwiązania opisał w swojej drugiej książce pt. „Ultramaratony. Bieganie i Kolarstwo”. Ponieważ to podręcznik napisany przez prawdziwego pasjonata ekstremalnego wysiłku, postanowiliśmy się spotkać z autorem.
Na spotkanie z naszą redakcją p. Grzegorz przyszedł świeżo po wypadku. Zdarta skóra, obity łokieć, złamany obojczyk, to wynik ostatniego treningu.
Panie Grzegorzu, jest pan poważnie kontuzjowany. Co się stało?
To nic takiego. Po prostu przewróciłem się podczas treningu. Właściwie na początku nie zdawałem sobie sprawy, że coś złamałem i dojechałem jeszcze 20 km do Pułtuska. Zazwyczaj jeżdżę ostrożnie, ale nie da się wszystkiego kontrolować. Nie miałem żadnego zderzenia, nie wpadłem w dziurę, nikt na mnie nie najechał. Obie ręce trzymałem na kierownicy. Po prostu upadłem. W kolarstwie to się czasami zdarza.
A jednak jest pana pasją od 20 lat?
Rower jest moją pasją od zawsze. Zacząłem jeździć 20 lat temu. Wyszedłem z wojska, poszedłem do pracy i jedną z pierwszych rzeczy, którą sobie kupiłem był rower. Rower to moja pierwsza miłość i nadal trwa. Natomiast bieganie pojawiło się w moim życiu w 2007 r. Wydawało mi się wtedy, że za dużo ważę. Woziłem na rowerze zbędne kilogramy i postanowiłem schudnąć, a przy okazji okazało się, że mam w sobie chęć i ambicję, żeby zacząć biegać w zawodach. Zadebiutowałem w Maratonie Warszawskim. Bieganie to stosunkowo świeża sprawa.
Mimo to, pana pierwsza książka była właśnie o bieganiu?
Tak, dostałem taką propozycję wydawniczą i skorzystałem z niej. Zastanawiałem się, jaką książkę chciałbym przeczytać i doszedłem do wniosku, że brakuje na rynku literatury biegowej pozycji, która podawałaby w kompaktowej formie podstawowe i wartościowe rady. Trafiałem na wielkie 600-stronicowe tomy, albo chaotyczne porady w artykułach internetowych. Niektóre były wartościowe, inne mniej, a zdarzały się również zwyczajnie głupie i szkodliwe. Z kolei w prasie jest pewien cykl wydawniczy i nie zawsze można znaleźć tam to, czego się akurat szuka lub dany temat nie został odpowiednio rozbudowany i wyjaśniony.
Dla kogo jest książka „Ultramaratony. Bieganie i Kolarstwo”?
Pisałem tę książkę z myślą o biegaczach, którzy jeszcze ultramaratończykami nie są. Poprzednia książka o bieganiu, też nie była skierowana do zawodników, bo oni to wszystko już wiedzą. Tamta książka miała dotrzeć do tych, którzy siedzą na kanapie, albo dopiero zaczynają biegać i jeszcze nie startowali w żadnej imprezie. Wielu kolarzy jeździ dystanse 100, 200-kilometrowe i spokojnie mogliby ten dystans przedłużyć do 500 km, a nawet 1000 km, ale nie znają takich imprez, ich zasad, założeń itd. Biegacze również po ukończeniu kilku maratonów zaczynają szukać czegoś innego. Rozglądają się na maratonem w górach, myślą o dłuższym dystansie. To dla nich jest ta książka.
Opierał się pan głównie o własne doświadczenia?
Przy tej książce miałem wiele obaw. Kolarstwo długodystansowe było mi dobrze znane, ale ultramaratony biegowe znałem trochę mniej. Intensywniej podszedłem do własnych treningów i startów, by się przygotować do tej pracy. Moim założeniem od początku było pisanie o własnych doświadczeniach. Ultramaratony są bardzo różne, a udział w nich to zawsze osobiste i indywidualne przeżycie. Każdy powinien poznać siebie, swoje możliwości, swój organizm i przede wszystkim postawić sobie pytanie: co lubię i w jakich biegach chciałbym brać udział. Dla mnie kiedyś zrobienie 100 km na rowerze, to był wyczyn, ale powoli wkręciłem się w te kilometry i zobaczyłem, że to wydłużanie dystansu jest właściwie naturalne. Książka jest o tym, czego się po drodze nauczyłem.
Jednocześnie ten osobisty świat ma szkolną, podręcznikową formułę. Czy to się nie wyklucza?
Taka formuła pozwala na zwięzłe ujęcie tematu i łatwe odszukanie potrzebnych treści. Jednocześnie przyznaję, że musiałem się jej nauczyć. Pierwsza wersja mojego tekstu była jednak bardziej opisowa, pełna emocji wynikających z przeżyć podczas ultramaratonów, ale ta książka ma inne założenie i trzeba było to zmienić.
Opisuje pan kolarstwo i bieganie. Czy jest jakaś różnica między tymi ultramaratonami?
No różnią się niestety. Biegacze są bardziej nastawieni na współpracę. Na trasach jest dużo życzliwości, zainteresowania. Kolarze mocniej skupiają się na wyniku, bardziej zawzięci, więc ta rywalizacja jest ostrzejsza. Mój ulubiony ultramaraton kolarski to wyścig na trasie Londyn-Edynburg-Londyn. To absolutnie fantastyczna impreza z bardzo biegową atmosferą. Brałem w niej udział w 2013r. Na pewno to powtórzę, jeśli tylko zdrowie i finanse pozwolą. Wbrew pozorom, udział w ultramaratonach bywa kosztowny. Natomiast biegowo marzę o Spartathlonie.
Jak pan godzi pracę, prowadzenie fundacji, obowiązki domowe z treningami i startami?
Nie wszystko da się pogodzić. Jakiś czas temu zrezygnowałem z przewodzenia fundacji, właśnie dlatego, że uniemożliwiało mi to realizację innych celów. Natomiast jestem w dobrej sytuacji, bo prowadzę własną firmę i mam wpływ na harmonogram dnia, a moja partnerka również jest ultramaratonką, więc udział w zawodach czy długie treningi nie budzą w naszym domu żadnych napięć. Zdaję sobie sprawę, że to wyjątkowo komfortowa sytuacja. Na szczęście powoli pracodawcy dostrzegają, że ich pracownicy trenują i co raz częściej są w firmach miejsca, gdzie można bezpiecznie zostawić rower i skorzystać z prysznica w biurowcu.
Stosuje pan własne zalecenia dietetyczne?
Stosuję. Oczywiście jak mnie napadnie chęć, by zjeść czekoladę albo truskawki ze śmietaną i cukrem, to się temu poddaję, ale generalnie trzymam się zasad. Przyzwyczaiłem się nawet do owsianki, chociaż akurat ta, którą jadam jest paskudna. Jest na wodzie, bez soli i naprawdę obrzydliwa, ale jakbym jej rano nie zjadł, czułbym się nieswojo. Zupełnie jakbym nie umysł zębów przed wyjściem do pracy. Byłoby to coś nietypowego. Nawyki pomagają.
Udaje się panu ukończyć wszystkie ultramaratony?
Jestem dosyć zawzięty i zazwyczaj kończę zawody. Właściwie nie ukończyłem tylko zawodów, podczas których po prostu się zgubiłem. To dosyć zabawne, bo brałem wtedy udział w biegu na 10 km w Lasku Bródnowskim, ale ja potrafię się zgubić nawet w drodze do domu i to jest dla mnie spory problem. Na pewno nie mogę brać udziału w biegach na orientację.
Książka zawiera rozdziały i pytania podsumowujące. Podsumujmy więc całą książkę. Co będzie wiedział czytelnik, jak skończy lekturę Ultramaratonów?
Chciałbym, żeby wyciągnął wiosek , że bieganie, rower czy jakikolwiek inny sport, powinny przede wszystkim sprawiać przyjemność . Ostrożnie podchodzę do deklaracji „bieganie to moje życie”. Bieganie to nie jest życie. Może być pasją, źródłem przyjemności. Nasze życie, ma się stać lepsze dzięki temu, że uprawiamy sport, ale sport to nie nasze życie.
O czym będzie następna książka?
Chciałbym, żeby była o kolarstwie, chociaż wydawcy uważają, że nie ma zbyt wielu czytelników literatury kolarskiej. Wydaje mi się, że to się będzie zmieniać, co widać po tym, jak szybko znikają miejsca na listach startowych na świecie i coraz częściej także w Polsce.
Rozmawiała Ilona Berezowska