Maratońska Dojrzałość. Rafał Ławski o swojej przygodzie z królewskim dystansem

Osiemnaście maratonów – to równowartość prawie 760 kilometrów w pokonanych ramach królewskiego dystansu i blisko 60 000 Kcal ubytku energetycznego. To jednak tylko wymiar fizyczny, a przecież z drugiej strony maraton jest dla biegacza czymś znacznie więcej niż tylko aktywnością sportową. Gdy o nim myślimy mówimy o pewnej magii dystansu 42,195 km…

O swojej drodze do maratonu pisze Rafał Ławski, Ambasador Festiwalu Biegów

Przychodzi taki moment w życiu człowieka, że osiąga pełnoletniość i umowną dojrzałość. Wraz z otrzymaniem dokumentu jakim jest dowód osobisty mamy dostęp do wszelkich praw i obowiązków, które zarezerwowane były wyłącznie dla dorosłych. Nie wszystko jednak zmienia się w mgnieniu oka, lecz zazwyczaj postępuje w drodze ewolucji. W mojej karierze biegacza moment ten nastąpił dokładnie w dniu 12 października bieżącego roku na mecie 15. edycji Maratonu Poznańskiego.

Pamiętam, że niemalże cały sezon przygotowywałem się z należytą starannością. Oczywiście w ramach możliwości czasowych jakimi tylko dysponowałem. A ponieważ zależało mi szczególnie, aby mój osiemnasty Maraton było wyjątkowy, przystąpiłem do grupy Wyzwania Runners’ World. W pakiecie między innymi otrzymałem opiekę trenera osobistego (to Łukasz - najszczersze pozdrowienia i wielkie dzięki!), który cierpliwie wspierał mnie w treningach i dostosowywał do niezwykle dynamicznego trybu życia oraz grafiku imprez sportowych różnej maści. Efektem był wynik 3:21 – to ponad 15 minut lepiej aniżeli średnia wszystkich moich dotychczasowych maratonów.

Ilość czasu poświęcana na treningi nie różniła się znacząco od tego z przeszłości. Ze względu na starty w różnych dyscyplinach i dystansach, treningi biegowe przeplatałem z pływaniem i jazdą na „szosówce”. Biegałem mniej kilometrów, lecz treningi obfitowały w znaczną ilość jednostek jakościowych. Jak się okazało później był to strzał w dziesiątkę, ba nawet w osiemnastkę. Dlaczego? Miałem bowiem doświadczenie siedmiu sezonów biegowych i całe spektrum przygotowań do kilkudziesięciu imprez biegowych na wszystkich chyba możliwych dystansach. No i pewien punkt odniesienia. Trochę retrospekcji i refleksji.

Tak naprawdę wszystko zaczęło się w Poznaniu.

Pierwsza impreza biegowa w której brałem udział to Bieg Przemysła na dystansie 10 km. Wspominam go z wielkim sentymentem – poznańska Malta – dzień przed maratonem, który był dla mnie wówczas czymś zupełnie nieosiągalnym, biegiem z innej planety zarezerwowanym dla osób o zupełnie innym poziomie wytrenowania. Jednak na mecie mojej pierwszej „dychy” obiecałem sobie, że wrócę tu za rok i pokonam ponad czterokrotnie większy dystans.

Zanim jednak to nastąpiło, wystartowałem w imprezie biegowej, która już nosiła miano biegu długodystansowego. Na pierwszy półmaraton wybrałem się do Parzęczewa ze względu na, jak wówczas sądziłem, spokojny charakter imprezy – „Półmaraton Puchatka”. Jak się jednak okazało po wystrzale startera większość uczestników ruszyła do przodu z taką prędkością, że naprawdę trudno było dostrzec ten rekreacyjny charakter imprezy. Pamiętam, że od piętnastego kilometra zacząłem słabnąć ze względu na zbyt ostre tempo w pierwszej połowie biegu oraz wysokie temperatury. Rekreacji w takim wydaniu zupełnie się nie spodziewałem, zważywszy, że na mecie dochodziłem do siebie przez prawie godzinę. Z resztą do dziś jak czytam mojemu dziecku książeczki o przygodach Kubusia Puchatka, to dostaję dodatkowy zastrzyk adrenaliny, i od razu błądzę wzrokiem za izotonikiem, zerkając na stoper i pulsometr.

W tamtym momencie perspektywa pokonania Królewskiego Dystansu stała się jeszcze bardziej odległa. Przyszedł jednak ten moment – 14 października 2007 roku w Poznaniu o godzinie 10.00 rozpocząłem swoją wielką przygodę maratońską. Pokonanie moich pierwszych 42 kilometrów i 195 metrów zajęło dokładnie 3 godziny 39 minut i 33 sekundy.

Kiedy przekroczyłem metę – poza zmęczeniem poczułem, że to nowy etap w moim życiu. I faktycznie od tamtej chwili nic już nie było takie same jak dotychczas. Zarówno w sferze prywatnej jak i w innych aspektach życia – poziom motywacji, plan dnia, rozkład zajęć, wykorzystanie doby w maksymalny sposób, dystans do posiadania dóbr materialnych czy też nieustanna praca nad własnym ciałem i umysłem. To tylko część zmian, lecz zgoła bardzo istotna. Przewartościowana zostaje sama definicja biegania i nabiera wymiaru metafizycznego.

Kiedy zakładam do treningu słuchawki, myślę o oderwaniu się od zgiełku ulic i hałasu współczesnego świata. A czas między startem i metą to moment dłuższej kontemplacji, kiedy mogę uporządkować myśli. W toku codziennych obowiązków, nieustannej presji czasu, pewne rzeczy umykają, schodzą na dalszy plan. Wykonując aktywność fizyczną można po prostu zająć umysł tym co najważniejsze. Wędrówka maratończyka ma sens i cel.

Druga refleksja to magia dystansu. Tu naprawdę można się zmęczyć. Przy maratonie, nawet dystans o połowę zasługuje co najwyżej na miano „Biegu na dystansie 21 kilometrów i 97 metrów”. A pojęcie półmaraton nie oddaje takiego znaczenia jakim jest połowa wysiłku maratończyka. Dla amatora mającego do dyspozycji co najwyżej 8-9 godzin tygodniowo na sport, to właśnie czyni ogromną różnicę. Z drugiej jednak strony ilość jednostek treningowych nie powinna w żadnym wypadku stanowić ograniczenia i zabierać prawa do startu na królewskim dystansie. W końcu amatora nie powinno się oceniać po osiągniętym czasie, lecz po motywacji i umiejętności pogodzenia spraw zawodowych, rodzinnych i sportu, czy ewentualnych innych zajęć. Dla jednych 3 godziny może być porażką, dla innych cztery i pół godziny wielkim sukcesem!

Ja cały czas szukam złotego środka.

Każdy dzień przynosi nowe wyzwania, nawał obowiązków i nieoczekiwanych zwrotów akcji. Plan treningowy jest często pochodną tego co pozostaje do dyspozycji. Pamiętam ubiegłoroczne przygotowania w sezonie triathlonowym i wiele jednostek treningowych, które zostały pomyślnie zastąpione przez sprawy ważniejsze. Pewnych wydarzeń nie jesteśmy w stanie przewidzieć, zawsze jednak mogłem powiedzieć, że „zakładka triathlonowa” została wykonana. I to jaka! Bieg koszenie trawy malowanie mebli ogrodowych. Innym razem Rower prace domowe wyjazd z dzieckiem na basen. Aż po dzień dzisiejszy kocham to urozmaicenie.

Przyznam szczerze, że ani razu nie miałem zamulonej głowy ani mięśni po wykonanych treningach. Choć nie lubię używać tego określenia, to muszę jednak z siebie wykrztusić presja czasu sprawiała, że zmuszony byłem do realizowania częstych biegów w drugim zakresie. Zaś długie wybiegania po dzień dzisiejszy są towarem arcyluksusowym.

Swego czasu pewien Klient podczas negocjacji biznesowych powiedział mi, że ta jego łysina to doświadczenie (takie zawodowe chyba o to chodziło?). Jako wielosezonowy długodystansowiec mogę z całą pewnością powiedzieć, że te zapadnięte kości policzkowe i garnitury o trzy rozmiary mniejsze aniżeli przed sześcioma sezonami to efekt wielu lat ciężkiej pracy i ponad 12 000 kilometrów w nogach. Nawet poziom tkanki tłuszczowej spadł dwukrotnie podczas ostatnich badań uzyskałem wynik 7%.

Wszelką formę aktywności fizycznej traktuję jak solidnie wykonaną pracę i wysiłek, który daje wymierne efekty w życiu codziennym. Zmienia się też umysł biegacza – wraz z podejmowanymi wyzwaniami, łatwiej znosimy cierpienie, mamy większą tolerancję bólu. Każda nowa „życiówka” jest nie tylko efektem porządnie przepracowanego sezonu, ale też dobrze zaprogramowanej głowy. Bo przecież mocniejszym ciałem musimy pokonać wówczas kolejną barierę psychologiczną. Bicie rekordów życiowych do pewnego momentu przychodzi stosunkowo łatwo. To kwestia indywidualna, zależy od wielu czynników.

Jako pracownik zza biurka, pokonujący do tego dużo kilometrów samochodem, mogę powiedzieć, że...

...bez sportowego zaplecza praktycznie każdy nowy rekord jest wielkim wyczynem.

Przez ten czas miałem wiele sposobności, aby się o tym przekonać. Od pierwszego maratonu przez kolejne trzy sezony schodziłem za każdym razem o kilka minut, aż do momentu 3:21. W tym czasie tygodniowy kilometraż oscylował w granicach 50-60 km.

Później życie napisało trochę inny scenariusz i musiałem trochę odpuścić. Osiągając najsłabszy moment mojej biegowej przygody podczas Maratonu Solidarności, gdzie kompletnie nieprzygotowany zmierzyłem się z królewskim dystansem dla odmiany w moim codziennym stroju służbowym – ciemnym garniturze i to w iście upalnych warunkach (bez kryptoreklamy, ale garnitur wiodącej marki znad Wisły okazał się niezłym substytutem dla ciuchów biegowych, może nawet kiedyś spróbuję jeszcze w sezonie zimowym). Nie zapomnę do dziś wielkich braw nie tylko na mecie, ale praktycznie na całym odcinku trasy. W pewnym momencie nieświadomi pracownicy służb porządkowych nakazali mi, abym opuścił trasę, ponieważ to jest impreza biegowa. Dopiero, gdy spod krawata pokazałem numer startowy zareagowali uśmiechem i zapytali czy to nie ironiczna symbolika wyścigu szczurów.

Biorąc jednak pod uwagę czas osiągnięty na mecie, mógłbym krótko podsumować mój dialog z Panem Maratonem – „Ja o niebie, Ty o chlebie” – życiówka pierwsza od końca W sumie dwa razy musiałem się pogodzić z wynikiem powyżej 4 godzin.

W kolejnym etapie mojego życia – już tym razem na fali hossy miałem trochę więcej czasu na rozwijanie pasji biegowej, często trenując z wózeczkiem i oczywiście moją małą pociechą. W międzyczasie wspólny półmaraton – oczywiście w Poznaniu. Kiedy córeczka już na tyle urosła, że problem nieprzespanych nocy odszedł na dobre, postanowiłem zintensyfikować treningi. Aby zaoszczędzić czasu, pieniędzy i energii postanowiłem sięgnąć po stosowną lekturę.

Książka „Maraton i ultramaratony” autorstwa Jerzego Skarżyńskiego zmieniła optykę widzenia moich treningów i zdecydowanie wpłynęła na ich jakość. W sezonie jesienno – zimowym postawiłem na krosy pasywne i aktywne, przechodząc następnie do siły biegowej, drugich zakresów i do szlifowania prędkości w trakcie bezpośredniego przygotowania przedstartowego. Efektem był Maraton w Pradze zaliczony poniżej 3:15. A kolejny pół roku później w Berlinie pokonałem w 3:09, co dało mi nową życiówkę przy kilometrażu nie większym niż 60-70 km tygodniowo.

Okres treningowy w 2012 roku wspominam jako ciężki, lecz bardzo owocny – metoda Skarżyńskiego przeniosła mnie w ciągu jednego sezonu na inny poziom biegowy z ponad 20 minutowym progresem w stosunku do dotychczasowych 3:30 poprzedniej jesieni. Dodała pewności siebie i sprawiła, że jeszcze bardziej uwierzyłem we własne możliwości. Ktokolwiek pyta mnie o skuteczność tej metody, z pewnością mogę być jej ambasadorem – duży progres, minimalna ilość kontuzji, świetne samopoczucie.

Lektura „Maratonu i ultramaratonów” okazała się niezwykle skuteczną dawką wiedzy merytorycznej, zaś osobowość Jurka dodatkową porcją motywacji, inspiracji i dobrym drogowskazem w zawiłym labiryncie narzędzi treningowych. Dzięki temu udało mi się zaliczyć egzamin dojrzałości na królewskim dystansie, a moja wielka przygoda biegowa trwa do dziś.

W międzyczasie wystartowałem w kilku triathlonach oraz ultramaratonach, w tym biegach górskich. Jednak pokonanie ich nie byłoby możliwe gdyby nie solidna baza maratońska. Przyswoiłem kilka pojęć zarówno w teorii i (czasami niestety) w praktyce – superkompensacja, propriocepcja, perystaltyka jelit. Żadne slogany biegowe nie są mi obce – fartlek, BPS czy Galloway stosuję regularnie w moich treningach i startach tę ostatnią tylko na ultradystansach, czyli w moim rozumieniu od stówki w górę.

Jednocześnie przez ostatnie lata miałem niezwykłą przyjemność obserwować ewolucję mojego rodzimego Maratonu Poznańskiego, który pokonałem pięciokrotnie biegnąc i dwukrotnie jako rolkarz (w tym przypadku regulaminowo połowa dystansu). Niby ta sama impreza, ale corocznie obfitowała w mnóstwo zmian – trasa, organizacja, expo, strefa startu oraz mety no i przede wszystkim frekwencja. Można by rzec, iż w każdym następnym roku pod każdym względem najlepsza.

Nie inaczej było w ostatniej edycji – która jakościowo zdaje się nie odbiegać w żaden sposób od wielu europejskich odpowiedników, od których jeszcze kilka lat temu czerpało się wzorce. Przez te lata przecież zmieniło się w naszym kraju praktycznie wszystko. Moja przygoda maratońska rozpoczęła się bowiem w roku, w którym ogłoszono decyzję o przyznaniu mistrzostw Europy w piłce nożnej dla Polski i Ukrainy. W międzyczasie nasz kraj był wielkim placem budowy, jest nim poniekąd do dziś.

Ale wszystko wygląda już inaczej. Nie tylko infrastruktura lecz także i poziom imprez sportowych. Chyba każdy aktywny biegacz czy triathlonista powinien cieszyć się ich smakiem i czuć z tego powodu wielką dumę. Mamy tak wspaniałe maratony jak choćby wspomniany Maraton Poznański, Orlen Marathon i wiele innych. Już w kolejnym roku triathloniści będą mieć okazję rozpocząć przygodę w niespotykanym dotąd w naszym kraju wymiarze – certyfikowanym Ironman’em 70.3 w Gdyni czy w rodzinie Challenge w Poznaniu. A wielbiciele takich ekstremalnych imprez jak wielki UTMB w Chamonix mogą spróbować sił w ramach rodzimych biegowych przedsięwzięć jak Dolnośląski Festiwal Biegów Górskich czy też wszechstronnym Festiwalu Biegowym w Krynicy Zdrój – praktycznie na każdym możliwym dystansie. Jako Ambasador Festiwalu Biegowego polecam, wszystkim tym, którzy lubią krótkie, średnie, długie dystanse, a może nawet zechcieli by spróbować swoich sił w wymagającym górskim ultramaratonie. Zaś po przekroczeni linii mety sympatycznie spędzić czas z rodziną oraz poznać wielu ciekawych ludzi.

Czego chcieć więcej?

Zdrowia, czasu na treningi, motywacji, a może pieniędzy? To sprawa bardzo indywidualna, gdyż każdy z nas ma własną definicję bogactwa. Dla jednych mierzona wprost metodą zasilonego konta w banku, dla innych ilością czasu, którym może swobodnie dysponować. Bo chociaż z pozoru swobodnie zarządzamy naszym czasem, to gdzieś w tle czujemy nieustanną presję. To taki przymiot pędzącej współczesności. Prawda z pewnością leży gdzieś po środku, bo przecież to wartość zmienna w czasie, która nabiera dojrzałości wraz z rozwojem nas samych. Osobowość stale ewoluuje, nabiera dodatkowych wymiarów. Każdy maratończyk z pewnością zna to uczucie, kiedy następnego ranka po maratonie budzi się w bólach, ale znacznie silniejszy i dojrzalszy.

Dla mnie synonimem bogactwa, wolności i dojrzałości to szczęśliwa rodzina oraz przyjaciele, a także chwile którymi mogę z nimi dzielić realizując pasje również i te sportowe. I wtedy można naprawdę poczuć się spełnionym. Bo przecież bogatym jest nie ten kto wszystko posiada, lecz ten, kto już więcej niczego nie potrzebuje. Dobra pogoda ducha na co dzień, zdrowie i miłość naszych bliskich są bezcenne, a za resztę…

Rafał Ławski, Ambasador Festiwalu Biegów