Ostatnia afera dopingowa w Rosyjskiej Federacji Lekkoatletycznej spowodowała, że o problemie niedozwolonego wspomagania w świecie sportu znów zaczęło być głośno. Rekordzistka świata w maratonie – Paula Radcliffe – domaga się dożywotniej dyskwalifikacji dla sportowców złapanych na dopingu. Poparli ją nasi biegacze, zaznaczając jednocześnie, że na krajowym podwórku, w biegach ulicznych też mamy problem. Nie dotyczy on jednak polskich biegaczy. – Nas na doping nie byłoby nawet stać – wskazuje w rozmowie z naszym portalem Marcin Chabowski, mistrz Europy juniorów i maratończyk z 5 wynikiem All-Time w Polsce (na zdjęciu).
Zaskoczyła Pana afera dopingowa w rosyjskim sporcie ujawniona przez ARD?
Oczywiście, że nie. O tym mówiło się od dawna. Chociaż przyznaję, w niemieckim dokumencie są mocne sceny, które nawet mnie zaskoczyły. Jak choćby ta, gdy okazuje się, że można kupić środki dopingujące w aptece z dostawą do domu.
Myśli Pan, że afera dotyczy tylko Rosji?
W każdym kraju jest doping. Myślę, że to samo jest na Ukrainie czy Białorusi. Znam przykłady zawodników, którzy z przeciętniaków podczas roku zmieniali się w zawodników o dwie klasy lepszych. Nie łudźmy się, że np. Stany Zjednoczone są od tego wolne. W ciągu 5-8 lat poziom amerykańskich biegów średnich i długich bardzo się podniósł. Oczywiście w USA gro pieniędzy poszło na infrastrukturę, szkolenia, ale czy tylko? Z drugiej strony proszę popatrzeć co dzieje się w Kenii. Tam do tej pory zawodnicy nie są badani na obecność środków dopingujących we krwi.
Dlaczego?
W Afryce nie mają odpowiedniego laboratorium. Najbliższe znajduje się w Rosji, Stanach Zjednoczonych, czy w Europie w Lozannie. Nie ma logistycznych możliwości przewozu próbek krwi w krótkim czasie. Dlatego głównie badają tam zawodników pod kątem moczu.
Badanie próbek moczu nie wystarczy?
Ogrom środków dopingujących można wykazać tylko we krwi.
Do czego to prowadzi?
Biegacze mogą bezkarnie zażywać niedozwolone środki. Co z tego, że będą potem badani przed czy po zawodach, skoro po dopingu nie zostanie nawet ślad. To już nie są lata 80. czy 90. kiedy dopingowicze stosowali anaboliki, które utrzymywały się w organizmie przez 3 miesiące. Teraz za wszystkim stoi wielki biznes, pieniądze, menadżerowie. Nowoczesny doping jest bardzo trudny do wykrycia.
Ale jest przecież elektroniczny system ADAMS (Anti-Doping Administration & Management System), który umożliwia przeprowadzanie niespodziewanych kontroli antydopingowych poza zawodami?
To prawda, niestety dotyczy on tylko elity biegania. Wydaje mi się, że np. o Kenijczykach biegających w Polsce ich rodzima Federacja nawet nie słyszała.
A czy polskie bieganie jest czyste?
Uważam, że tak. Sam jestem objęty systemem ADAMS. Poza tym musimy pamiętać, że polskie bieganie jest biedne. To często jest walka, by związać koniec z końcem. Potrzebujemy pieniędzy na zgrupowania, odżywki. Na doping nie byłoby nas stać.
Arkadiusz Gardzielewski wspominał o zawodnikach z Ukrainy czy Kenii, którzy przyjeżdżają do Polski na biegi uliczne i osiągają niesamowite wyniki, mimo tego, że są eksploatowani w sposób niewyobrażalny...
Rzeczywiście nieraz widziałem zawodników z Afryki, którzy startowali z sukcesami na naszych biegach ulicznych dzień po dniu. A przecież do tego trzeba doliczyć podróże na zawody, powroty do domu. Gdzie więc czas na regenerację? Fizjologii nie da się oszukać. Co ciekawe startują oni w Polsce sezon, dwa i znikają. Oczywiście na ich miejsce od razu pojawia się kolejna grupa nieznanych Kenijczyków.
W ciągu sezonu organizuje się ponad tysiąc imprez biegowych w Polsce. Ile z nich przeprowadza kontrolę antydopingową?
Poza największymi maratonami, takich imprez możemy policzyć na palcach jednej ręki. Ja podczas krajowych zawodów nie byłem sprawdzany nigdy.
Z czego to wynika?
Po pierwsze nie jest to obowiązkowe, a po drugie pociąga za sobą spore koszty.
Organizatorom nie zależy, by ich impreza była czysta?
U nas ciągle nie wiadomo dlaczego uważa się, że rangę imprezie nadają właśnie biegacze z Afryki. Lepiej zaprosić nieznanego zawodnika z Kenii niż sportowca z Europy. A później się dziwimy, że dochodzi do takich sytuacji, że w Dębnie tuż po zakończeniu dwuletniej dyskwalifikacji za doping pojawia się i wygrywa Mutuku Kyeva, z którym nie raz biegałem i często przegrywałem. Niestety z zawodnikami stosującymi doping ciężko podjąć walkę.
Uważa Pan, że nie powinien być dopuszczony do zawodów?
Według mnie powinniśmy zabronić startu w Polsce zawodnikom złapanym na dopingu. Poza tym trzeba wprowadzić wyrywkową kontrolę, która dotyczyłaby wszystkich biegów ulicznych w Polsce. Dzięki temu zawodnicy nie będą czuli się bezkarni nawet startując w niewielkiej imprezie lokalnej.
Kto miałby za to zapłacić?
Myślę, że można by stworzyć specjalny budżet na ten cel np. przy Polskim Stowarzyszeniu Biegów. Byłby on zasilany przez organizatorów wszystkich biegów w kraju. Uważam, że gdyby każdy uczestnik zawodów dopłacił do pakietu startowego symboliczną złotówkę na działania antydopingowe, to udałoby się zgromadzić wystarczającą sumę na przeprowadzanie kilkunastu, a może nawet kilkudziesięciu kontroli w ciągu roku.
Na pewno nie robiłbym tego przy PZLA, bo obawiam się, że zaraz cała biegająca Polska usłyszy, że Związek pomoże, ale w zamian za wprowadzenie takich rzeczy jak: licencja, karta biegacza, czy ubezpieczenie...
Rozmawiał Maciej Gelberg
Co sądzicie o propozycji Marcina Chabowskego? Co sądzą o niej organizatorzy imprez, Polskie Stowarzyszenie Biegów? Ile kosztuje kontrola antydopingowa w Polsce? O tym w kolejnych naszych publikacjach...