Marzenia się nie spełniają. Marzenia się spełnia!


Pierwszy myśl o maratonie we Włoszech zrodziła się w mojej głowie podczas Expo przed 37. PZU Maratonem Warszawskim. Wtedy to podczas zwiedzania targów natknąłem się na stoisko Maratona di Roma – pisze Jacek Bodalski, Ambasador Festiwalu Biegów.

Bardzo miła pani zachwalała trasę maratonu, ja jednak będąc zapisany na losowanie do maratonu londyńskiego, liczyłem właśnie na wylosowanie mnie w loterii. Jednak wtedy już zakiełkowała myśl, że jak nie uda się z losowaniem to może zamiast kolejny raz biec OWM spróbuję swoich sił w Rzymie.

W losowaniu do Londynu nie miałem szczęścia. Zacząłem poważnie się zastanawiać nad Rzymem. A kiedy okazało się, że jest to 22. edycja imprezy, a My dokładnie dzień wcześniej mamy 22 rocznice ślubu, decyzja została podjęta bardzo szybko. Czyż może być lepszy moment na świętowanie naszej rocznicy ślubu jak pobiegnięcie maratonu w Wiecznym Mieście?

Samo zapisanie się na start nie było takie proste jak w Polsce. Najpierw trzeba było opłacić startowe i poczekać na przyznanie karty RUNCARD, następnie wykonać badania lekarskie na specjalnym druku, zeskanować i wysłać poprzez stronę i oczekiwać na przyznanie numeru startowego. Przyznam szczerze, że trochę to trwało. W końcu przyszedł mail o przyznaniu numeru startowego, teraz można było szukać już lotów i hotelu.

Hotel wybraliśmy blisko startu, czyli Koloseum! Nauczka na przyszłość, by nocleg zamawiać jednak wcześniej, bo potem są problemy a i cenowo wychodzi to drożej.

Pierwszego dnia po przylocie zameldowaliśmy się w hotelu i po krótkim odpoczynku wyruszyliśmy na zwiedzanie okolicy. Nie mogło również na kolację zabraknąć pysznej włoskiej pizzy. Następnego dnia rano po śniadaniu udaliśmy się po odbiór pakietów - mojego na maraton i Asi na bieg towarzyszący - ROMAFUN.

Odbiór pakietów i EXPO przed maratonem zorganizowane było w Palazzo dei Congressi. Po przybyciu na miejsce zobaczyliśmy gigantyczną kolejkę zawijającą kilka razy. Jeszcze nigdy nie czekałem tyle w kolejce po odbiór pakietu.

Po ponad godzinie stania na dworze w końcu weszliśmy do hali, tu odbiór pakietu następował już bardzo sprawnie. Porozdzielane stanowiska na grupy numerów, szybki odbiór numeru startowego i vouchera na pakiet (plecak, koszulka, izotonik, ulotki).

Szybkie odebranie reszty pakietu i można już było pochodzić trochę po stoiskach. Były oczywiście największe firmy biegowe, ale ceny wcale nie były atrakcyjne (a szczególnie po przeliczeniu na złotówki z euro). Odwiedziliśmy też alejkę na której wystawiały się największe maratony i półmaratony w Europie - był tez nasz PZU Maraton Warszawski - i zebraliśmy cała masę ulotek. Będzie gdzie planować następne starty!

Potem poszliśmy do stanowiska zapisu na bieg towarzyszący ROMAFUN, by zapisać Asię. Po odebraniu pakietów postanowiliśmy udać się na zwiedzanie Watykanu. Gdy po przybyciu na plac św. Piotra zobaczyliśmy olbrzymie kolejki - by dostać się na sam plac i do Bazyliki - postanowiliśmy przełożyć zwiedzanie Watykanu na poniedziałek licząc, że będzie mniej ludzi.

Zamiast do Watykanu ruszyliśmy w miasto. Na Hiszpańskie Schody (szkoda że w remoncie), do Fontanny di Trevi, Panteonu (zrobił na mnie bardzo duże wrażenie – ten ogrom kolumn) i innych atrakcji. Odwiedziliśmy także najstarszego we Włoszech... McDonalda, gdzie wypiliśmy pyszna kawkę i zjedliśmy po pysznym czekoladowym cieście.

Na koniec trafiliśmy pod Koloseum gdzie zorganizowany był start i meta maratonu. Tam spotkaliśmy się z Bartkiem z grupy Smashing Pąpkins. Następnie rzut oka na samo Koloseum.

Pod Koloseum także udaliśmy się do znakomitej włoskiej restauracji aby świętować naszą 22 rocznicę ślubu. Kochana żona, romantyczny nastrój, pyszne włoskie dania, czerwone wino, palące się świece i widok podświetlonego Koloseum – to chyba najpiękniejsza rocznica jaką mogłem sobie wymarzyć!

Po kolacji udaliśmy się do hotelu, bo rano trzeba było wstać na bieg. Jak się potem okazało zrobiliśmy tego dnia ponad 25 km. Następna nauczka – nie łazić tyle przed maratonem!

Następnego dnia rano szybkie śniadanie i przed 9 meldujemy się na starcie.

Tłum ludzi przerósł moje największe oczekiwania. Prócz ok 15 tys. maratończyków było jeszcze kilkanaście tysięcy ludzi biorących udział w biegu towarzyszącym. Jednak wszystko było bardzo dobrze zorganizowane.

Jako że Asia także miała także numer startowy, mogła wejść ze mną do strefy dla biegaczy i odprowadziła mnie aż do samego startu. To bardzo ważne aby mieć przy sobie osobę, która Cię bardzo wspiera podczas tych ostatnich chwil przed startem. Wspólna krótka rozgrzewka, wspólne fotki i żarty.

W końcu nadeszła godzina startu, całus mocy od Asi i wystartowałem. Założenia na bieg były takie – biegnę powoli ciesząc się biegiem i podziwiając trasę maratonu. I tak też zacząłem – tempo wolne w granicach 6min/km i pochłanianie widoków wspaniałych zabytków i kibicującym nam mieszkańcom Rzymu. A trasa była rewelacyjna!

Start sprzed Koloseum, następnie Piazza Venezia, Circo Massimo, później wspaniała trasa nad Tybrem i w końcu chyba to na co czekałem najbardziej. Wbiegamy do Watykanu główną aleją na Plac Św. Piotra.Wrażenie dla mnie niesamowite, a biegnąc przez plac jeszcze jak usłyszałem doping naszych kibiców POLSKA POLSKA to normalnie, aż mi się zaszkliły oczy!

Po wybiegnięciu z Watykanu trasa maratonu została skierowana trochę dalej od centrum Rzymu i tu już zrobiło się tak „normalnie”. Na 25. kilometrze przebiegaliśmy obok Stadionu Olimpijskiego i to był chyba jedyny ciekawy element krajobrazu w tym odcinku.

Na 27. kilometrze de ja vu z soboty i zwiedzania miasta. Trasa w dużej mierze składająca się z kostki i coraz większy upał zaczęły dawać się we znaki. Moje tempo spadło jeszcze bardziej, męczyłem się bardzo i odcinek 28-41 km pokonałem dobrze znaną metodą Gallowaya.

Koło 35. kiloemtra znaleźliśmy się znowu w starej części Rzymi. I znowu można było podziwiać wspaniałe zabytki. Piazza Navona, Piazza di Spagna i ponownie Koloseum gdzie była meta. Wbiegając na metę wyciągnąłem flagę Polski i trzymając ją w górze przekroczyłem metę 22. Maratona di Roma!

Powiem Wam, że to niesamowite przeżycie! Przecież jeszcze kilka lat temu w ogóle nie biegałem, a teraz ukończyłem swój trzeci maraton w życiu i to w takim miejscu!

Jednocześnie ten mój bieg był jakby hołdem i podziękowaniem dla mojej Asi. Wiem, że nie jestem mężem idealnym, czasami pewnie złym, ale fakt, że jesteśmy razem już tyle lat musi świadczyć o tym, że jednak dobrze się dobraliśmy jako te dwie połówki!

Tak ten bieg ukończyłem z intencją dla Naszej rodziny, modliłem się też później o to przed grobem naszego papieża. 

Tuż przed metą wypatrzyłem Asię, która stała w tłumie głośno mnie dopingując – było to wspaniałe uczucie. Po przekroczeniu mety otrzymałem przepiękny medal, torbę z wodą, izotonikiem i owocami.

Po wyjściu ze strefy dla biegaczy odnaleźliśmy się z Asią (co wcale nie było takie łatwe w tym tłumie). Asia ukończyła swój bieg dużo wcześniej i odpoczywała sobie w słońcu na trawce przy Circo Massimo.

Gdy się spotkaliśmy była wspólna radość i fotki. Ja, będąc jednak już porządnie wykończony, zdecydowałem że poleżymy trochę na trawce pod Koloseum, i tak odpoczęliśmy z pól godzinki. Następnie wróciliśmy do hotelu się ogarnąć i odpocząć oraz na zasłużone Birra Moretti.

Wieczorem poszliśmy jeszcze zobaczyć jak wygląda Fontanna di Trevi i Koloseum w przepięknym oświetleniu i po przepysznej kolacji poszliśmy spać.

W poniedziałek rano po maratonie postanowiliśmy odpocząć i udaliśmy się nad Morze Tyrreńskie do miejscowości, a właściwie dzielnicy Rzymu oddalonej o ok. 30 km – Ostii. Po przybyciu na plaże i opalaniu, zaliczyliśmy także krótki kilometrowy bieg po plaży - trasa na Endo musi być – ha! To było słodkie lenistwo z naszej strony.

Niezapomniany obiad w nadmorskiej knajpce z fantastycznym widokiem i przepysznymi świeżymi rybami był dopełnieniem tego wspaniałego wypadu nad morze.

Po południu wróciliśmy do Rzymu i udaliśmy się do Watykanu. Pomysł był jednak dobry, żeby pojawić się tam w poniedziałek późnym popołudniem. Wszędzie było pusto i żadnych kolejek. Odwiedziliśmy Bazylikę i grób Jana Pawła II, gdzie poświęciliśmy chwilę na modlitwę. Jedyne co to nie udało się na wejść na kopułę - była otwarta tylko do 18 - ale nic to następnym razem.

Wieczorem ostatnia kolacja w naszej ulubionej knajpce niedaleko Koloseum (pyszna pizza i deser Tiramisu – żyć nie umierać!). Następnego dnia rano jeszcze krótkie zakupy, obowiązkowo ostatnia pyszna kawa i lody i wylatujemy do Polski. Samolot co prawda był trochę opóźniony, ale nam to nie przeszkadzało – byliśmy w końcu trochę dłużej we Włoszech!

Podsumowując - uważam wyjazd za doskonale udany. Celebrowanie naszej 22. rocznicy ślubu w takim miejscu było niezapomnianym przeżyciem. Może czas ukończenia maratonu mógłby być trochę lepszy, ale nie bardzo zależało mi na ściganiu się.

A po za tym wspaniałe szczęśliwe chwile spędzone ze wspaniałą żoną. Chcę jeszcze raz bardzo podziękować Asi, że pomogła mi spełnić kolejne z moich marzeń – a mam ich jeszcze trochę!

Maraton naprawdę perfekcyjnie zorganizowany. Obawiałem się tego trochę znając południowe podejście do różnych tematów, tymczasem na punktach odżywczych nie brakowało wody, izotoników ani owoców, trasa zabezpieczona wręcz perfekcyjnie. Po biegu szybkie sprawne wydawanie medali i napojów - nie tak jak na ostatnim PZU Półmaratonie Warszawskim. No i ta trasa - bije wszystko na głowę!

A w Rzymie wręcz się zakochałem! Na pewno jeszcze tu wrócimy

Jacek Bodalski, Ambasador Festiwalu Biegów