Mateusz Waligóra na półmetku historycznej wyprawy przez Gobi

„Muszę oszczędzać wodę bez przerwy, więc dręczy mnie pragnienie. (…) Na razie nie pozostaje mi nic innego, tylko zazdrościć wielbłądom, które potrafią obejść się bez wody cztery tygodnie albo i dłużej (…) Gdybym tak dysponował szóstką wielbłądów, obładowanych wodą i sianem, pokonanie najbardziej niebezpiecznego kawałka Gobi nie byłoby żadną sztuką” - pisał o swojej niedawnej wyprawie przez Gobi Reinhold Messner.

Słynny himalaista wybrał się na pieszą przeprawę przez pustynię w 2004 r. Korzystał z transportu napotkanych ludzi, spał z jurtach, nie odmawiał gościny i posiłków, a mimo to doszedł do przekonania, że tej pustyni nie da się przejść. Zgodziłoby się z nim kilku innych śmiałków, próbujących pokonać samotność, kilometry i brak wody. Nikomu się to nie udało.

Mateusz Waligóra im nie uwierzył. W połowie sierpnia wyruszył na tę pustynię, z zamiarem pokonania ok. 2000 km. Jeśli mu się uda, napisze nowy rozdział w historii i będzie pierwszym człowiekiem, który tego dokona.

Początki nie były łatwe. Cała wyprawa lekko się opóźniła z powodu powodzi w rejonie. Zaczęło się od strachu, wiatru i deszczu, potem był kryzys, wąż na trasie i burza piaskowa. Były też myśli, by przerwać wyprawę.

„Mam obtarte uda, ropieją mi pachwiny, ale jeszcze zwlekam z antybiotykiem. Idę w bokserkach. Musi to wyglądać groteskowo, ale to jedyny sposób na wietrzenie ud. Stopy w porządku, drobne pęcherze. Czasem zaboli kolano, plecy, ale ciało już się przyzwyczaiło do wysiłku”

- pisze Dominik Szczepański, dziennikarz, który ubiera w słowa, przeżycia Mateusza Waligóry i publikuje podsumowania etapów na blogu wyprawy.

Za Mateuszem jest już 915 km. Najgorzej znosi to wózek ze sprzętem. Waży 100 kg. Trzeba go wciągać na rozliczne wzniesienia i nieustannie lepić dziury w dętkach. Na półmetku, problemem stała się także kontuzja.

„Podczas przekraczania jednego z koryt wózek popchnął mnie do przodu i skręciłem lewą nogę. Boli, kuśtykam, jem dziennie dwa ketonale. Problem mam też z prawą nogą, bo boli mnie ścięgno Achillesa”

Przed Mateuszem ok. 900 km, a na trasie czeka go ok. 250-kilometrowy odcinek bez dostępu do wody.

„Przede mną najtrudniejszy moment wyprawy – 8 albo 9 dni drogi, 250 km bez żadnych wiosek i rzek. Podobno są jakieś studnie, ale pozamykane na kłódki. Nie ma dróg ewakuacji – albo do przodu albo powrót do Bayanlig. Ale widok może być wspaniały – ścieżka wije się u podnóża wielkich wydm. Zastanawiam się, czy sobie poradzę”

Postępy Mateusza Waligóry w wyprawie przez Gobi można śledzić TUTAJ.

IB