Już po raz szesnasty biegacze stawili się na starcie Maratonu Drezno. Dziś w liczbie ponad 5000 osób, tradycyjnie z różnych stron świata. Do wyboru mieli aż cztery dystanse. Z bliska przygladaliśmy się ich rywalizacji, szczególnie występom Polaków.
Relacja Katarzyny Roik i krakowskich Mastersów z Drezna
Niedzielne przedpołudnie biegowe w Dreźnie rozpoczęło się o 9.30 od mini maratonu, który ukończyło 252 osoby. Pół godziny później wyruszył bieg na 10 km, który zgromadził ponad 1300 osóļb. Wreszcie o 10.30 zawodnicy rozpoczęli swoje zmagania na z połówką i królewskim dystansem.
Rywalizację zdominowała.... czwórka Kenijczyków. Pierwszy z nich, Hillary Kiptoo przybiegł na metę w czasie 2:18:36 i był to czas o 5 minut gorszy od rekordu trasy w Dreźnie, ustanowionej rok wcześniej.
Bardzo dużą i jakże miłą niespodziankę sprawiły podczas imprezy Polki. Kamila Perucka, reprezentantka AZS AWF Kraków Masters została trzecią kobietą w maratonie! Na metę dotarła w czasie 3:03:07. Kamila, skromna i sympatyczna dziewczyna, była studentka AWF Kraków, obecnie biegająca pod flagami krakowskiego klubu, ustaliła tym samym swój rekord życiowy, poprawiając swój czas wiosenny z Cracovia Maratonu aż o 4 minuty!
Kamila przybiegła na metę za kenijką Alice Kibor, która pokonała trasę w 2 godziny, 44 minuty i 17 sekund. Jej rodaczka Prisca Kiprono była gorsza o 5 minut.
Drugą wspomnianą niespodzianką niedzielnego biegania była Paulina Golec, również reprezentantka barw AZS AWF Masters Kraków. Paulina po 8-letniej przerwie od biegania, w Dreźnie powróciła „na salony” jako druga kobieta w biegu na 10km z czasem 37:13.
Obu paniom gratulujemy sukcesów!
Pogoda jak w lipcu - dało się słyszeć głosy biegaczy. I faktycznie, słońce rozgrzewało od samego rana. Maraton rozgrywany w pięknej scenerii, malowniczym ulicami Drezna, z trasą wiodącą przez 2 mosty na Łabie i okoliczne bulwary.
Maraton widziany okiem zawodników miał swoje plusy i minusy. Warunki i trasa nie uprawniłay do wygłaszania takich stwierdzeń jak „łatwy”, „przyjemny”. Mocno grzejące słońce, wiatr w twarz, kostka brukowa na niektórych odcinkach trasy dawały się we znaki. Miejscami trasa była wąska, ale przez większość trasy nie odczuwało się, że biegnie się w tłumie. - Było też kilka niespodziewanych podbiegów, które wpłynęły na niesatysfaktonujące wyniki - opowiada Konrad Polek z AZS AWF Masters Kraków. - Fajne było to, że mogliśmy minąć kilka razy naszych kibiców, którzy dodawali nam skrzydeł - dodaje zawodnik.
Na co 5. kilometrze czekały na biegaczy punkty odżywcze i punkty odświeżania. Biegacze do dyspozycji mieli wodę herbatę, colę, izotoniki, chleb z rodzynkami i banany. Niestety, jak zauważają Mastersi, w niektórych miejscach brakowało wody, gąbek i wody do schłodzenia się.
Co ważne, na ulicach nikt nie był obojętny wobec startujących, każdy przechodzień kibicował ile sił w płucach i zagrzewał zawodników do dalszej walki na trasie. W biegowych zmaganiach pomagały także orkiestry dęte i bębniarze, którzy mobilizowali zmęczone nogi do podjęcia walki.
Wśród biegających nie dało się nie zauważyć bardzo silnej reprezentacji Biało - Czerwonych. Podsumowując wszystkie dystanse, rodaków, którzy przekroczyli linię mety, było aż 161. W tym bardzo liczna reprezentacja z małopolski - AZS AWF Kraków Masters i Klub Biegowy "Dystans" Kraków. Mastersi jak na profesjonalnych amatorów przystało, nie zawiedli i mogą pochwalić się naprawdę dobrymi wynikami. Trzecia w kategorii open kobiet Kamila Perucka, druga w swojej kategorii wiekowej Elżbieta Król (K40) czy Paweł Góralczyk z życiówką w półmaratonie 1:14:54, która dała mu wysokie 10. miejsce w kategorii open.
Ciekawymi spostrzeżeniami na temat Drezno Maratonu chętnie dzieliła się z nami liczna grupa Mastersów. Jak mówili, dało się odczuć, że jest to maraton lokalny, mniej nastawiony na międzynarodowe towarzystwo. Brak komunikatów w języku angielskim, nawet odliczanie startowe było po niemiecku - to tylko niektóre tego oznaki.
– Jeżdżąc po europejskich maratonach jesteśmy przyzwyczajeni do międzynarodowego klimatu. Tutaj atmosfera była bardziej kameralna, ale to też ma pewien urok, jest to coś zupełnie innego niż w innych europejskich miastach – powiedział nam Maciej Sarnecki. – Szkoda tylko, że nie było koszulek pamiątkowych, można je było kupić za 20 euro – żałowali inny członkowie Mastersów.
Po tych wszystkich doświadczeniach nasuwa się refleksja - w Polsce nie mamy się czego wstydzić. Organizacyjnie nasze maratony prezentują najwyższy europejski poziom.
Na pytanie, czy są zadowoleni z wyników, prawie wszyscy Mastersi odpowiadają, że dziś coś poszło nie tak. – Do pewnego momentu szło jak w zegarku i według planu. W pewnym momencie, tak na 8 km przed metą jakby odcięło prąd – wspomina Grzegorz Mosurek. – Mimo wszystko było super ,fajna atmosfera, niezawodni kibice, dla takich chwil warto biegać – dodawał.
W ciągu tygodnia opublikujemy obszerną galerię z imprezy oraz wideoklip.
KR