Od padaczki i myśli samobójczych do medalu Mistrzostw Polski Skyrunning

Pawła Góralczyka, Ambasadora Festialu Biegów z Wadowic znają dobrze uczestnicy biegów ulicznych w Małopolsce. Od maja i brązowego medalu MP Skyrunning w Biegu Marduły to także gorące nazwisko w świecie biegów górskich. Wsłuchując się w historię biegacza poznaliśmy człowieka głęboko doświadczonego przez chorobę i życie. Ale też człowieka niezłomnego, który swój najważniejszy start ma już - wszystko na to wskazuje - za sobą. Zaparzcie kawę i przeczytajcie.

Od kilku lat startuje Pan w imprezach biegowych - z rożnym skutkiem. Skąd nagle taka eksplozja formy? Pana medal w Zakopanem to sensacja!

Paweł Góralczyk: Zdobycie Brązowego Medalu w Skyrunning to nie tylko sensacja, ale też wielka radość i łzy szczęścia. Do dziś nie mogę w to uwierzyć, nie dociera też do mnie, że jeszcze 11 lat temu walcząc z depresją, o życie, tak mi się życie odmieniło.

Było ciężko?

Gdy miałem 17 lat, zachorowałem na padaczkę. Zapadłem w śpiączkę, potem miałem zaniki pamięci. Jakby tego było mało, zmarł mój serdeczny przyjaciel, w wieku 22 lat, a po 18 miesiącach zostawiła mnie dziewczyna. Miałem ciężką depresję. Pojawiły się myśli samobójcze. Wszystko straciłem w ciągu 2 miesięcy. Każdego dnia myślałem o śmierci, zastanawiałem się jak będzie wyglądał mój pogrzeb. Czekałem kiedy tylko Anioł Stróż zabierze mnie z tego świata, o co go prosiłem każdego dnia.

Taki stan trwał u mnie równy rok. Kiedy pojechałem na wycieczkę do Rzymu, na 18. urodziny, coś się zmieniło. Moim marzeniem było odwiedzić grób Św. Jana Pawła II, właśnie w dniu urodzin. Poprosiłem na kolanach, ze łzami w oczach, by pomógł w chorobach. Sam przecież ciężko chorował. Chciałem, żeby chociaż depresja minęła, bo byłem wówczas blisko podjęcia najgorszej z decyzji - odebrania sobie życia. Z padaczką sobie poradzę - zapewniałem.

Od tamtego dnia przestałem myśleć o końcu. Nagle moje oczy się otworzyły, coś dało mi do zrozumienia, że muszę żyć i nadal walczyć, że mój czas jeszcze nadejdzie. Ale depresja nadal trwała. Udało mi się potem wrócić do Włoch, podczas 3-miesięcznego wyjazdu na zbiory warzyw, i dopiero wtedy udało mi się wstać na nogi i wrócić na dobre do życia.

Po ok. 4 latach udało się wygrać z padaczką. Całkowicie wyzdrowiałem. To było moje marzenie na życie - żeby być zdrowym. Później życie kładło mi kolejne kłody pod nogi, ale wiedziałem, że jak dałem radę chorobom, to już za każdym razem podniosę się po upadku.

Co działo się złego?

Cztery i pół roku temu zachorowałem na ciężkie zapalenie prawego płuca. Tak ciężkie, że z domu zabrała mnie karetka, bo już nie miałem siły chodzić. W szpitalu leżałem 14 dni. W ciągu 10 dni byłem odizolowany od innych pacjentów i przyjąłem ponad 15 litrów kroplówek. Były jeszcze 4 dni na obserwacji.

Przy wypisie dostałem kartkę o tym, że coś jest nie tak z moim sercem. Po pierwszym badaniu stwierdzono zaawansowaną arytmię serca. Pierwsza wersja była taka, że miałem wadę wrodzoną i że trzeba przestawić komory. Potem zrobiłem drugie i trzecie badanie, po których pojawił się rozrusznik serca. Moje serce biło za wolno. W drodze na czwarte badanie trzymałem mocno w ręce dziesiątkę różańca, który noszę od śmierci przyjaciela, żeby mnie chronił. Z okna autobusu w Krakowie dostrzegłem dużą reklamę Cracovia Maraton. Obiecałem sobie, że jeśli zdarzy się cud i moje serce będzie zdrowe, to zapiszę się na ten bieg. I cud się zdarzył.

Po kolejnych dwóch badaniach okazało się nagle, że nic mi nie dolega. Półtora miesiąca nerwów, stresu i płaczu, świadomość, że nagle grozi mi operacja. A tu nagle nic... Był 2012 rok.


Zapisał się Pan na Cracovia Maraton?

Tak. Kiedy stanąłem na starcie powiedziałem sobie: Paweł teraz się dowiesz czy jesteś na coś faktycznie chory i na ile odbudowałeś swoją psychikę. To miał być taki test. Nie było spiny, oczekiwań, że nagle ruszę z bieganiem i za jakiś czas zacznę biegać po medale. Przeżegnałem się całując dziesiątkę różańca i modląc się za trójkę zmarłych przyjaciół (Śp. 87, 22, 16 - po tyle lat mieli) i Św. Jana Pawła II - za ocalenie mnie od śmierci, za odepchnięcie wszystkiego złego, co chciałem sobie zrobić, za przywrócenie mi zdrowia.

Jak poszedł tamten start?

Pamiętam, że nie umiałem nawet przypiąć sobie numeru startowego do koszulki. Zapytałem chłopaka z depozytu jak to się robi...

Przebiegłem maraton z czasem 3:14:39 i - jak się później okazało - to otworzyło mi drzwi do świata biegaczy. Wciąż nie umiałem się zapisać na biegi przez internet, więc dzwoniłem do biur zawodów, żeby to za mnie robili. Podawałem tylko swoje dane. W ten sposób pojechałem m.in. na bieg do Skotnik, do Stanisław Wcisło, który organizuje imprezy w kolejne rocznice urodzin Św. Jana Pawła II. Tam po raz pierwszy stanąłem na podium. Nie wiedząc co to są kategorie wiekowe, spakowałem się i pojechałem do domu...

Tydzień później spotkałem się ze Stanisławem, który wręczył mi tamtą nagrodę. Gdy poznał mój wynik z Cracovia Maratonu i wysłuchał historii mojego życia, powiedział tylko jedno zdanie - „to co zrobiłeś, nie jest normalne”.

Maraton przebiegłem praktycznie bez przygotowania. Przed zawodami zrobiłem 170 km marszobiegiem. Z tym pojechałem do Krakowa. Później się dowiedziałem, że po tyle kilometrów to zawodowcy biegają w ciągu tygodnia.

Debiut marzenie...

Było mi mało. Pięć miesięcy po Cracovia Maratonie pojechałem na Maraton Warszawski. Złamałem tam 3 godziny. Następny Maraton - ORLEN Warsaw Marathon - pobiegłem w czasie 2:44:31. Byłem już wtedy w KS AZS AWF Kraków. Kiedy byłem jeszcze w w grupie amatorskiej, którą prowadzi Pan Dariusz Kaczmarski, do której trafiłem za namową Stanisława Wcisło.

Początki były... szybkie. Po piątym treningu w grupie amatorskiej trener Kaczmarski powiedział, że nie nadaję do tej grupy i że zostanę przeniesiony do innej, lepszej. Zawodowej. Po 3 miesiącach przyszedł po mnie trener Wacław Mirek, trener kadry w PZLA. Powiedział, że widzi we mnie potencjał jeżeli chodzi o biegi wytrzymałościowe.

Dostałem plan treningowy. I pytam co to jest to 200/200 10x czy drugi zakres. Nawet nie wiedziałem, gdzie na bieżni jest te 100, 200, 300, 400 metrów. Nie oglądałem nigdy zawodów lekkoatletycznych i nie startowałem w biegach ulicznych. Trafiłem na zajęcia sprawnościowe, na płotki lekkoatletyczne. Co drugi przewracałem, o pozostałe haczyłem nogą. To był mój pierwszy raz z płotkami. Mocno frustrujący. Chciałem odejść z grupy, bo nie mogłem sobie znaleźć miejsca, a po za tym nie chciałem przecież walczyć o wyniki. Prosiłem swojego Anioła Stróża, by zabrał mnie z AWF, że to jest mi do niczego nie potrzebne i nie mam w tym żadnego celu.

Postanowiłem nie słuchać trenera. Ten po jakimś czasie postawił warunek i dał ostatnią szansę. Powiedział, że jak nie zacznę realizować jego wytycznych to się pożegnamy. Byłem zagubiony. Postanowiłem odnaleźć panią psycholog Halinę Rzepa, która pomagała mi gdy walczyłem z depresją. Udało mi się.

Znów trenował Pan z AZS...

Było ciężko, ale już tylko fizycznie. Zmieniłem pracę i zacząłem pracować na budowie w Krakowie przy renowacji zabytków. Nie miałem pieniędzy na przeprowadzkę, więc dojeżdżałem z Choczni do Krakowa codziennie i wracałem każdego dnia do domu. Mój tryb życia wyglądał tak że, wstawałem o 4:00 rano, o 5:00 jechałem do Krakowa żeby być w pracy na 7:00. Pracowałem do 15:00, potem jechałem na AWF na trening. Do domu wracałem na 22:00 i o tej godzinie jadłem dopiero obiad. O 23:00 kładłem się spać. I tak przez 18 miesięcy.

Potem nagle przyszła kontuzja. Naderwanie bocznego więzadła w lewym kolanie, gdzie leczenie trwało 2,5 miesiąca. Polegało na tym, że... chodziłem do pracy na budowę z rozwalona nogą. Nie było szans na L4, bo pracowałem na umowie zlecenie. U lekarza nie byłem ani razu bo ani czasu ani pieniędzy.

Bardzo chciałem jechać na Półmaraton do Wiednia. Tymczasem stan nogi był taki, że nie powinienem biegać. Rozmawiałem z trenerem na temat wyjazdu i zapytał się mnie czy muszę jechać. Powiedziałem, że bardzo chce, nawet tylko zwiedzić Wiedeń. Nagle się zaczęło układać i ruszyłem z truchtaniem, bez mocnego biegania. Pojechałem do Wiednia i... bez rozgrzewki pobiegłem półmaraton Viena City Halbmarathon – 1:16:23. Poprawiłem rekord życiowy o 1:53.

Kolejny szybki bieg...

Po tych wszystkich perturbacjach dyscyplinarnych i zdrowotnych trener Mirek stwierdził, że musimy włączyć hamulec i wrzucić wsteczny bieg – za szybko się rozwijałem, a więc szybko mogłem się rozsypać i wypalić. Trzeba było zająć się techniką biegania, a nie szybkością. Skończyły się drugie zakresy. Do poprawy było wszystko - nogi, głowa, ręce, biodra, kręgosłup, stopień nachylenia ciała do przodu.

Z racji obowiązków, trener Mirek musiał często wyjeżdżać na zgrupowania i nie było komu pilnować mojej pracy. A walka z nawykami nie była taka prosta jak się wydawało. Przekazał mnie więc do trenera Tomasza Brachmana, który prowadził grupę juniorską. Pod nieobecność trenera Mirka, pan Tomasz pilnował mnie z techniką. Jak się okazało, trzeba było poświecić cały sezon by wypracować podstawowe odruchy.

Na półmaraton w Dreźnie znów pojechałem z kontuzją. W trakcie begu na 6 km przed metą poszło śródstopie. Zatrzymałem się myśląc, że już po biegu. Ale w głowie miałem słowa pani psycholog. Jak boli, to przypomnij sobie jak bolało gdy walczyłeś o życie. Zacisnąłem zęby i z tym rozwalonym śródstopiem odrobiłem stracony czas. Same zawody zakończyłem z poprawionym rekordem życiowym, o minutę. Po powrocie odbyło się spotkanie trenerów. Wspólnie postanowiliśmy, że dalej będzie mnie prowadził już tylko trener Tomasz Brachman. Tak też jest do dziś.


Dotąd startował pan głownie na asfalcie. Skąd nagle góry?

Zanim trafiłem na AWF, zdążyłem pobiec trzy razy w górach. Mój debiut przypadł na zakopiański Weekend Biegowy z Sokołem w 2012 roku. Wystartowałem w Biegu Marduły, zająłem podajże 36. miejsce w open. Do Marcina Świerca straciłem 39 minut na dystansie 25,4 km. Potem pobiegłem jeszcze na Hrobaczową Łąkę i Maraton Górski Visegrad - takie góry na ulicy - gdzie byłem 17. w open. Potem, podczas współpracy z AZS AWF, przez 3 lata nie pobiegłem żadnego Biegu Górskiego.

Ale wrócił pan...

W 2015 roku, trochę z przypadku zapisałem się na Bieg Górski na Górę Żar – 6,8 km. Dzień wcześniej ścinałem drzewa w lesie... Na zawody pojechałem w butach treningowych, które już nadawały się do wymiany. Zająłem 5. miejsce w open. Zaraz po rozdaniu nagród Izabela Zatorska, której bardzo dziękuję za cenne porady, powiedziała mi parę zdań na temat mojego biegania po górach. Powiedziała między innymi, że jak zostanę dobrze poprowadzony w treningach, to kiedyś zawojuję biegach górskich.

Prorocze słowa...

Po tamtych zawodach napisałem do Marcina Świerca z zapytaniem co myśli o moim wyniku. Doradził, żebym spróbował biegów górskich. Potem wystartowałem jeszcze w Półmaratonie Górskim w Wadowicach, u siebie, gdzie zdobyłem tytuł Najlepszego Biegacza w Powiecie oraz Gminie Wadowice. I to był koniec moich zawodów w biegach górskich w 2015 roku.

Po TSC Amsterdam Marathonie, gdzie pobiegłem po rekord życiowy 2:37:19, znów pojawiły się problemy finansowe. W drugim maratonie w 2015 roku zaliczyłem drugi kryzys. Po powrocie z Holandii postanowiłem - już po raz drugi - zrezygnować z wyczynowego biegania. Postanowiłem odejść z klubu. Oficjalnie podziękowałem trenerowi Tomasz Brachmanowi, po czym już nie pojawiłem się na AWF. Wiedziałem, że jeśli wrócę to wrócą wspomnienia i będzie bolało. Serce chciało biegać, ale finanse nie pozwalały.

Wiedziałem wtedy, że bez pieniędzy nie ma się co pchać w wyniki. Zdrowie było najważniejsze - myślałem. Tym bardziej, że wiedziałem jak wiele wysiłków trzeba, by je zachować. Trener Brachman namawiał mnie, bym nie rezygnował, żebym jeszcze poczekał, aż stanie się coś, co odmieni moje życie i mój stosunek do biegania. Ale nie dałem się przekonać, postanowiłem biegać tylko dla siebie, bez drugiego zakresu...

Znów pojawiła się budowa....

W 2014 roku zostałem nagle zwolniony z pracy w Krakowie. Dopiero po trzech miesiącach znalazłem pracę w Wadowicach. Tak, na budowie. Dostałem umowę o pracę na pełny etat. W listopadzie złamałem palca w ręce i przez 2 tygodnie nie biegałem. Na L4 byłem w sumie sześć tygodni. Do pracy wróciłem po nowym roku. Jak to praca na budowie, pracuje się w deszczu, chłodzie, mrozie, w upale, w pyle. Pracowałem przy murowaniu, zbrojeniu, jako cieśla szalunkowy czy monter okien.

Kiedy budowaliśmy szkołę w centrum Zawoi, zimą 2015 roku, zamontowaliśmy w sumie 35 ton szyb. Były dwie ekipy - jedna montowała aluminium, a ja z z inną wkładałem szyby w ramy. Niektóre ważyły nawet 265 kg. Do pracy dojeżdżałem po 40 km w jedną stronę i po pracy wracaliśmy do Wadowic, codziennie. Więc robiłem tak, że wychodziłem wcześniej z pracy i od razu biegałem po Zawoi tak, by skończyć trening o 17:00 kiedy chłopaki kończyli pracę. Była zima,a w pracy na budowie palce mroziło, wiało, padał śnieg.

Pracowałem po 8 lub 9 godzin dziennie, w zależności od treningu jaki miałem do zrobienia. Pracując krócej od kolegów zarabiałem najniższą krajową, ale dzięki temu miałem zgodę na wychodzenie wcześniej na treningi czy urlopy na czas zawodów. I co najważniejsze – miałem umowę o pracę. Ale nie było różowo. Przez 4 lata nie przyjmowałem żadnych odżywek, w pewnym momencie nie miałem też pieniędzy na warzywa czy owoce, bo były inne pilne wydatki. Przez to osłabiłem organizm i wylądowałem na L4. Leczyłem się półtora tygodnia.

Dołek psychiczny znów był blisko...

Na L4 odbyłem rozmowę z prezesem firmy Marecki (wszystko do produkcji mebli – red.) i podjęliśmy współpracę. Pojawiła się nadzieja. Wypatrywałem uruchomienia zapisów na Bieg Marduły w Zakopanem. 3 lata czekania na kolejny bieg... Chciałem wcześniej startować, ale kłopot w tym, że nie było pieniędzy na wyjazdy i pakiety startowe.

Do Marduły zapisałem się w pierwszych chwilach rejestracji. Wyczekiwałem wyniku losowania, by móc opłacić pakiet startowy. Udało się. Wracałem.

Wróciłem też do poszukiwania kolejnych sponsorów oraz nowej pracy - chcąc biegać szybciej, trzeba było pożegnać się z budową. Roznosiłem CV sportowca i pracownika. Prezes Firmy All Bag Tomasz Woźniak usiadł ze mną do rozmowy. Analizując wyniki zapytał o odżywki - co jem i „co biorę”. Odpowiedziałem, że nie mam pieniędzy na odżywki, a nawet na jedzenie. I że biegam tyle, na ile dam rady. Zaproponował współpracę. Taką, że mogłem odejść z budowy i starać się o staż na bezrobociu jako specjalista marketingu. Kupiłem buty do biegania, odżywki, pojawiły się środki opłaty startowe, na wyjazdy. Wszystko to, co było najpilniejsze dla biegacza.


Odzyskał pan ochotę do ścigania się?

Tak, jakby naturalnie. Zaraz po rozmowie z Tomaszem Woźniakiem napisałem do trenera Tomasz Brachmana. Powiedziałem o zmianie, jaka u mnie nastąpiła i że chce dać sobie trzecią szansę. I chciałbym o nią prosić. Wróciłem na AWF.

Ruszyliśmy z treningami. Spokojnie, żeby nie złapać kontuzji. Powoli zwiększaliśmy tempo i przyspieszaliśmy. Postanowiłem, że mając tyle czasu co nic na przygotowanie się do wiosny, najważniejszym startem w tym okresie będzie Bieg Wadowicki na 10 km. Cel, jaki sobie postawiłem to obronić tytuł Najlepszego Biegacza w Powiecie Wadowickim i połamać wynik z ubiegłego roku. Udało się. Poprawiłem się o 57 sekund.

Były 2 tygodnie do Biegu Marduły. W weekend majowy pojechałem w Tatry zapoznać się z trasą, na której miałem pobiec pierwsze górskie zawody. W pierwszym dniu przetruchtałem trasę biegu Marduły. Na drugi dzień - Morskie Oko, Dolina Pięciu Stawów. Kolejny dzień i wybieg z Kuźnic na Kasprowy i bieg pod Górę Świnnica, gdzie, tuż pod szczytem, zrezygnowałem z wyjścia. Zalegał tam śnieg z lodem, zaczynały się też łańcuchy. Wróciłem tą samą trasą. W sumie zrobiłem ok 70-80 km.

Pojechałem też do Skawiny. Na 10-kilometrowej trasie byłem podajże 6. w open, wygrałem też kategorię wiekową M-20. Przed dekoracją skorzystałem z masażu. Zabolało. Ale tak właśnie miało być. Poprosiłem masażystkę - Anię Matlak - o numer do siebie. Wiedziałem, że będę potrzebował jej pomocy przed wyjazdem do Zakopanego. Zamówiłem u Ani 2 sesje - zaraz po powrocie z weekendu majowego, gdzie moje nogi były jak beton, i na dzień wyjazdu do Zakopanego.

Postanowiłem wziąć masaże, bo należy poprawiać błędy popełnione nie tylko w życiu prywatnym, ale i sportowym. Cztery lata wcześniej, na Mardule, na ostatnim kilometrze dostałem takie skurcze, że musiałem się trzymać nóg by móc w ogóle iść. Teraz trasa liczyła 32 km i wiedziałem, że to będzie ciężki bieg. Walka z samym sobą, własnymi słabościami i bólami - na to byłem przygotowany.

W środę - 3 dni przed zawodami - mój przyjaciel Mariusz Ciapa pożyczył mi plecak do biegania w górach. Rozmawialiśmy na temat biegu w Zakopanem. Nie byłem biegaczem górskim, dwa razy w życiu byłem w Tatrach, a biegając 4 lata nie zaliczyłem ani jednego obozu. Nie było pieniędzy.

Jak wyglądał sam bieg w Zakopanem?

Do Zakopanego pojechałem w czwartek, zaraz po masażu. W piątek wypoczynek – przeleżałem prawie cały dzień, tylko 2 razy wyszedłem na spacer. W sobotę rano, kiedy stałem na linii startowej, powiedziałem sobie, że moje marzenia zaczynają się właśnie spełniać. Myślałem o emocjach, które będą mi towarzyszyć na Kasprowym Wierchu, gdzie kiedyś postanowiłem wrócić do uprawiania sportu. Wtedy to był chód sportowy. Dziesięć miesięcy później zadebiutowałem w biegach górskich, w Biegu Marduły. A teraz trzeci raz miałem wbiegnąć na Kasprowy.

Pojechałem do Zakopanego z planem zajęcia miejsca 15-20 w open i ukończenia biegu w czasie 3h15' – 3h30'. To był mój cel. Biegłem spokojnie, nie za szybko. Mięśnie w nogach były dobrze przygotowane do biegu, nogi same niosły. Na przełęczy Karb byłem na 3. miejscu w open, ale szybko szybko spadłem o jedną lokatę. Wiedziałem już, że za szybko pobiegłem początek. Mimo to było jeszcze sporo siły by biec mocno. Wierzyłem, że jeśli nic złego się nie stanie, to jest szansa na medal.

Dotarł Pan na Kasprowy?

Emocje były niesamowite. Przypomniała mi się historia z dzieciństwem, gdy jako dziecko spędzałem wakacje na Krupówkach oraz na Krzeptówkach w Zakopanem. To tu ruszyłem ze sportem. Zakopane jest bliskie mojemu sercu, mam stąd wiele wspomnień. Nie tylko te biegowe, ale z dzieciństwa i rodzinne.

Zbiegając z Kasprowego uszkodziłem stopy. W prawej naciągnąłem dwa razy Achillesa, natomiast lewą przejechałem mocno po ostrym kamieniu. Po chwili spadłem na piąte miejsce w open i czwarte w Mistrzostwach. Dogonił mnie Jacek Michulec i dołożył dobre 200 metrów. Wiedziałem, że z kontuzją już nie nie przyspieszę - każdy jeden krok mocno bolał. Ale mięśnie w nogach nie były zmęczone. To był pierwszy bieg, w którym mimo trudów trasy moje mięśnie nadal czuły świeżość. Wiedziałem, że to zasługa masaży.

Walczył Pan...

Do mety pozostawało jeszcze 13 km. Wiedziałem, że jeśli znów naciągnę Achillesa, to będzie po zawodach. Nadzieja na medal gasła. Postanowiłem bronić 5. miejsca w open. Co jakiś czas patrzyłem czy ktoś z tyłu mnie nie dogania, przechodziłem do marszu by oszczędzać stopy. Kiedy wbiegłem na czarny szlak w kierunku Doliny Białego, człapałem niemiłosiernie. Ale cały czas zmierzałem do góry. Trzeba było jeszcze podbiec 1 km, a potem już zbiegać do samej mety.

Pod samym szczytem, na czarnym szlaku, jakieś 100 metrów przed sobą zobaczyłem rywala. Nadzieja powróciła. Nie wiedziałem co ze stopami, czy wytrzymają atak, ale popatrzyłem do góry w niebo i powiedziałem do mojego Anioła Stróża, by pomógł i czuwał nad tymi stopami. Ucałowałem dziesiątkę różańca, którą noszę na palcu, przeżegnałem się i ruszyłem do ataku.

Udało mi się dogonić rywala i praktycznie przez 5 km biegliśmy obok siebie. Nogi i mięśnie nie były zmęczone, ale musiałem odpierać ataki rywala. Zastanawiałem się czy wytrzymam, czy podołam. Na każdym kroku zaciskałem żeby i biegłem dalej.

Jakieś 200 metrów przed wybiegnięciem z lasu postanowiłem wykorzystać swoje atuty z ulicy i pobiec bardzo szybko, ze wszystkich sił. Do mety zostawało jakieś 1,5 km, a stopy bolały jeszcze bardziej. Znów pomyślałem o bólach w chorobie i że dam rady. Jakiś 1 km przed metą zobaczyłem na trasie znajomych z Krakowa. Zmotywowali mnie do biegu i walki. Dzięki temu cały czas kontrolowałem rywala, by móc ewentualnie odeprzeć jego atak. Kiedy biegłem w dół do mety, na ulicę wyszła dziewczyna i wskazała ręką, by skręcić w prawo. Meta za 100 metrów. Pełne skupienie, siła w nogach, ale i zmęczenie. Zero skurczy - co najważniejsze, bo tego najbardziej obawiałem.

W pewnej chwili usłyszałem znajomy głos. To mama z tatą wystawili mi rękę. Zobaczyłem oboje rodziców. Nie pamiętam czy spiker coś mówił. Wiedziałem, że to jest mój dzień, ale i nasza radość - wielka nagroda za wygranie walki o życie. I nagroda dla tych co mnie podnosili z ziemi kiedy ja już nie miałem siły walczyć o życie i w bieganiu kiedy sił brakowało.

Warto było walczyć...

Na mecie podbiegli do mnie rodzice. Łzy cisnęły się do oczu, nie wiedziałem skąd to wszystko. Maiłem przyjechać, przebiec zawody, a nie walczyć o medal. Nie wiedziałem co powiedzieć, co myśleć. Kilka chwil później zobaczyłem Marcina Świerca. Złożyłem gratulacje. „To ty już jesteś na mecie?” - zażartował. Obaj się uśmialiśmy.

Wziąłem telefon do ręki. Zadzwoniłem do Mariusza Ciapa, z którym czasami biegałem po Beskidzie Małym, z Grupą Wichry Beskidu T.R oraz grupę Team Allprints. To Mariusz pożyczył mi plecak na zawody. Mamy to! - wypaliłem do słuchawki. Mariusz zapytał co mamy, a ja na to no, że medal. Mariusz zapytał jaki medal, a ja odpowiedziałem, że tym razem nie za ukończenie biegu, a za zdobycie 3 miejsca w Mistrzostwach Polski. Nie uwierzył, przynajmniej na początku rozmowy. Wiem, że po rozmowie usiadł do komputera, żeby wyszukać wyniki...

Zadzwoniłem też do Ani Matlak, dziękując za masaże. Bałem się tych skurczy. Niepotrzebnie. Przekręciłem też do sponsora Tomasza Woźniaka z firmy All Bag, i do trenerów Tomasza Brachmana, mówiąc też MAMY TO! i Wacława Mirka i do innych mi bliskich osób. Potem było rozdanie nagród. Miałem wrócić z niczym, wróciłem z medalem!


Brąz z Zakopanego to pana największy sukces?

Sportowy? Tak. Zajmowałem też 11. miejsce w Mistrzostwach Polski w Maratonie podczas ORLEN Warsaw Marathon w 2015 r. - czas 2:39:00. Było też 13. miejsce w MP w Półmaratonie w Pile (2015) czy 25. miejsce w MP na 10 km w Gdańsku. Byłem też najlepszym z Polaków w maratonie w Amsterdamie (71. miejsce open - życiówka 2:37:19), Vienna City Halbmarathon (20. miejsce open) i Dresden Marathon (10. miejsce open – 1:14:54).

Skyrunning - będzie się pan specjalizował w tej kategorii czy podstawi na biegi górskie i ultramaratony górskie?

Po rozmowach z Firmą Marecki, All Bag i przyjaciółmi, postawiłem na skyrunning. Czyli bieganie powyżej 2000m n.p.m. Dlaczego? Bo życie mnie nauczyło, że idąc najcięższą drogą, osiągnę sukces. Tak walczyłem z chorobami. Nie raz i nie dwa żegnałem z tym światem, żeby sobie ulżyć z bólu. Ale też obiecałem Aniołowi Stróżowi, że będę walczył choć nie wiem jak ciężką drogę będę miał przed sobą. Im ciężej, tym lepiej się czuję. Wiem, że nie ma nic cięższego jak walka o swoje własne życie. Bieg w Zakopanem potwierdził jak mocną mam psychikę do walki i biegania w górach. Myślę, że brązowy medal wygrałem właśnie dzięki psychice.

Będę też startował w górach na krótkich dystansach. Pochodzę z Wadowic, z Beskidu Małego, gdzie za młodych lat po tych samych szlakach co ja wędrował Św. Jan Paweł II, którego też prosiłem o pomoc w chorobach. Mam blisko do Zakopanego i w Tatry, w Beskid Wyspowy, Beskid Śląski i Żywiecki – wszystko w zasięgu 100 km. To, co jest najśmieszniejsze, to że 50 km od mojego domu jest Babia Góra (1725 m.n.p.m) a ja nigdy tam nie byłem. Nawet jako turysta.

Biegi uliczne też będę wybierał, ale w zdecydowanej mniejszości. Góry – to tam będzie można mnie zobaczyć.

Co do Ultramaratonów - nie myślę póki co o tej półce, ale jak się to mówi, nigdy nie mów nigdy. Zaczynając bieganie w górach, będę stawiał na dystanse od 21 km do 42 km. Czas pokaże, czy będę miał zdrowie na ultra, bo dziś jest, a jutro może go już nie być.

Ważna jest jeszcze głowa...

Zgadza się. Po 7 latach spotkałem się z panią psycholog. Nie poznała mnie. Gdy przypomniałem nasze spotkania, wspomnienia wróciły. Powiedziała, że mam się nie bać i wykorzystywać to, co życie mi daje. Żebym wyciągał wnioski po tym co się u mnie złego stało i przekładał je na korzyści. korzystał w drugą stronę - żebym pokazywał silną wolę, w chwilach gdy boli przypominał sobie jak bolało podczas chorób i porównywał bóle. I żebym nie gonił, bo to co najważniejsze, już wygrałem. Wygrałem bieg po życie. - Ciesz się teraz życiem i napisz książkę biograficzną, by innym młodym pomóc walczyć z depresją. Jesteś przykładem, że warto walczyć o życie, zdrowie, marzenia...

Gdzie zobaczymy Pana w najbliższym czasie?

17 lipca wystartuję w Biegu na Pilsko 10 km. Nigdy nie byłem na tej górze, nawet jako turysta. 24 lipca chcę obronić tytuł Najlepszego Biegacza Górskiego w Gminie Wadowice. 30 lipca pobiegnę w MP na 10 km w Międzygórzu, gdzie można zdobyć przepustkę na wrześniowe MŚ w Bułgarii. 6 sierpnia pobiegnę w Gdańsku, a 14. - w Brennej. Planuję też start w Festiwalu Biegowym, pod warunkiem, że nie zakwalifikuję się na bułgarskie MŚ.

W październiku być może będzie wyjazd na maraton do Czarnogóry, ale raczej treningowo. Za rok ORLEN Warsaw Marathon.

Moje marzenia w biegach Skyrunning to start w Mistrzostwach Świata, które dobędą się za 2 lata w Soczi. W miejscu, gdzie odbyły się Zimowe Igrzyska Olimpijskie.

Trzymamy kciuki!

Dziękuję!

Chciałem na koniec podziękować wszystkim tym, co byli i są przy mnie – rodzicom, rodzeństwu, przyjaciołom, Łukaszowi Polakowi, który jest dla mnie jak brat, Brygidzie Polak, Ewelinie Płonce-Mansfield, Marcie Pyrek, Tomaszowi Danielkiewiczowi, trenerom Tomaszowi Brachmanowi, Wacławowi Mirkowi, Dariuszowi Kaczmarskiemu, sponsorom: Marecki, All Bag, Allprints - Tomasz Woźniak, księdzu Mariuszowi Wojdanowi, Ani Matlak...

... Pani Psycholog i Pani Pedagog. Izabeli Zatorskiej, Marcinowi Świercowi, Mariuszowi Ciapie, Stanisławowi Wcisło, Fizjoterapii Kaczmarek. AZS AWF KRAKÓW MASTERS, ESKADRA KARKÓW. Dziękuję tym, co mi dają wsparcie i motywację w biegach z całej Polski. I wszystkim kogo poznałem na swojej drodze życia i dali mi motywację w chorobach i w bieganiu.

Medal w Zakopanem nie jest mój, ale nas wszystkich. To nasz wspólny sukces. Wiele osób pracowało na ten krążek. i za to ze szczerego serca wszystkim bardzo dziękuję i serdeczne Bóg Zapłać.

Sam medal postanowiłem oddać na cel charytatywny. Zdjęcia będą pamiątką, a medal pójdzie na licytację... Wiem co znaczy być chorym. Ile trzeba na to pieniędzy. Biegam by pomagać i tak chce czynić.

Wysłuchał Grzegorz Rogowski