Przed startami w nowym, prestiżowym cyklu biegów o Puchar Świata Skyrunner Extreme, rozmawiamy z Olgą Łyjak, jedną z naszych czołowych biegaczek górskich, blogerką i dziennikarką biegową, drugą zawodniczką Biegu Granią Tatr i zwyciężczynią Biegu 7 Dolin na dystansie 64 km.
Olga, o Twojej przeprowadzce z Warszawy w Tatry dużo już się mówiło, wiemy jak Ci to ułatwiło trenowanie w ukochanych górach. Ale czy możesz już stwierdzić, jak to się przełożyło na konkretne wyniki sportowe?
Olga Łyjak: Myślę, że minęło jeszcze za mało czasu, a ja ciągle się uczę, jak dobrze trenować w górach. W tej chwili biegam nawet gorzej. Najlepszy mój rok w biegach górskich to 2014, kiedy całą jesień, zimę i wiosnę trenowałam na Mazowszu i tylko przyjeżdżałam w góry od czasu do czasu, a przeprowadziłam się na stałe w czerwcu. Nie jest łatwo trenować, gdy ma się góry pod nosem i chce się ciągle w nich być. Gdy jest się przyzwyczajonym, że biega się codziennie, robi się dużo szybkich treningów, tak jak trenowałam na Mazowszu, to chce się ten styl przenieść w góry. Nie mam tu pod domem płaskiego odcinka. Jeśli mam bieg regeneracyjny, czyli w takiej strefie, jak dla osoby nietrenującej marsz – to nie mam gdzie go zrobić, wszędzie mam pod górkę albo w dół.
Jak mam stromo pod górę, powinnam przejść do marszu, żeby nie wychodzić ze strefy regeneracji, ale tak nie potrafię, każdą górkę chcę podbiegać. W efekcie, odkąd mieszkam w górach – trenuję za mocno i za mało się regeneruję. W zeszłym roku zimą narzuciłam sobie dodatkowo zbyt duży kilometraż – 150 tygodniowo, co skończyło się dla mnie anemią. W tym roku biegałam jesienią i zimą mniej, ale robiłam dużo mocnych jednostek i też się przetrenowałam. Ciągle uczę się, jak odpowiednio trenować i dochodzę do wniosku, że kiedy mam luźny dzień, gdy powinnam zrobić bieg regeneracyjny, najlepiej by było, gdybym w ogóle nie wychodziła z domu. Nawet spacer z Forestem (znakomicie biegający i bardzo towarzyski owczarek niemiecki – przyp. red.) to wdrapywanie się na Butorowy Wierch, a gdy wychodzę do sklepu, z powrotem mam stromo pod górę.
Dodatkowo zima jest bardzo męcząca, jest dużo rzeczy, których nie było w Warszawie, odśnieżanie wokół domu i drogi dojazdowej, wnoszenie drewna na górę kilka razy dziennie – te codzienne czynności muszę traktować jako odrębne jednostki treningowe, bo gdy dokładałam do tego zimą jeszcze siłownię, to było już za dużo. No i oczywiście chciałabym ciągle być w górach, a to też nie sprzyja regeneracji. Mam wrażenie, że mój organizm też jeszcze nie przystosował się do surowego górskiego klimatu. W czym jestem lepsza niż 2 lata temu, to na pewno lepiej radzę sobie w trudnym terenie górskim, jeszcze lepiej zbiegam, mam większe doświadczenie w górach i jestem ogólnie silniejsza, przez co nie łapię kontuzji, które były moim utrapieniem, gdy biegałam głównie po asfalcie. A czy to się przekłada na wyniki sportowe, ciężko powiedzieć.
Cała ta przeprowadzka to wielka przygoda i wyzwanie, nie tylko sportowe, ale i zawodowe, ale ja nie lubię mieć w życiu za łatwo, lubię wyzwania, kocham przygody i lubię mieć pod górkę. (śmiech)
A ze spraw pozasportowych – łatwo Ci było zrezygnować z kariery prawnika w stolicy? Jak radzisz sobie zawodowo na Podhalu?
Skłamałabym, jeśli bym powiedziała, że łatwo było zrezygnować z kariery i przeprowadzić się na Podhale, zwłaszcza, że na wszystko, co osiągnęłam zawodowo i nie tylko - byłam m.in. radną Województwa Mazowieckiego przez 2 kadencje - ciężko pracowałam. W Warszawie prowadziłam wiele procesów gospodarczych i najbardziej bałam się, że przez przeprowadzkę stracę właśnie te sprawy i klientów, dla których je prowadziłam. Opłacało się jednak być odważnym i iść za głosem serca.
Zorganizowałam to tak, że nadal mam biuro w Warszawie razem z moimi znajomymi z aplikacji, podzieliłam się pracą z moim kolegą i część spraw prowadzimy razem, on chodzi do sądu, ja z reguły piszę pisma procesowe. Także pracuję głównie zdalnie dla moich stałych klientów.
Jeżdżę też trochę po Polsce na rozprawy w innych miastach, a że większość spraw mam na południu Polski, to z Kościeliska mam nawet bliżej. Specjalizuję się też w prawie handlowym i prawie internetu, piszę regulaminy i umowy dla start-upów, to jest super praca, bo mogę ją wykonywać siedząc np. na Kanarach.
Miałam też już klika drobnych spraw na Podhalu, ale rynek tutaj jest słaby i bez klientów z Warszawy nie przeżyłabym. Moi klienci wiedzą, co robię pozazawodowo, w końcu musiałam im jakoś wytłumaczyć moją przeprowadzkę, ale pewnie nie spodziewają się, że czasami na pilne maile odpisuje ze szczytu dwutysięcznika. Zauważyłam, że będąc wolnym i robiąc to, co się kocha, lepiej i efektywniej się myśli i pracuje. Dzięki przeprowadzce nauczyłam się też dzielić pracą z innymi i wybierać sprawy, które najbardziej mi się opłacają, dzięki temu mam więcej czasu dla siebie. Bałam się, że stracę, a tak naprawdę tylko zyskałam, choć dużo mniej zarabiam i musiałam zrezygnować z różnych ciekawych propozycji, które wymagały stałej obecności w Warszawie. Ale to był mój świadomy wybór – wybór stylu życia – i niczego nie żałuję.
Z tego co wiem, zimą namiętnie przemierzasz Tatry na skitourach. Bierzesz też udział w zawodach skitourowych? Masz może do czynienia z innymi sportami górskimi, np. wspinaniem?
W tym roku przemierzałam głównie z buta i raka. (śmiech) W zeszłym roku więcej chodziłam na fokach, w tym długo nie było zimy, a jak przyszła, rozchorowałam się na dobre. Myślałam o startowaniu w verticalach, ale właśnie zdrowie pokrzyżowało mi plany, w przyszłym roku chciałabym spróbować. Potrzebuję tylko odpowiedni, lekki sprzęt, bo z moim już na starcie jestem na straconej pozycji. Jeśli chodzi o wspinanie, to odkąd się przeprowadziłam, chodzi mi po głowie wspinanie w Tatrach, ale najpierw trzeba mieć solidne podstawy w skałkach. Na szczęście wreszcie znalazłam czas na sześciodniowy kurs skałkowy – ogrom wiedzy o zasadach asekuracji i wspaniała przygoda! No i niesamowicie mocna praca nóg i całego ciała, co mi się bardzo podoba.
Trzeba się też wykazać inteligencją, jest współpraca z partnerem, któremu powierzamy nasze życie. Ten sport i spędzanie czasu w górach jest niesamowite i tak inne od samotnego biegania po górach. Wciągnęło mnie to i będę chciała się w tym doskonalić. Góry bardzo pochłaniają i naprawdę ciągle chciałabym w nich przebywać – a żeby nie przesadzić z bieganiem, to wspinanie jest świetną alternatywą.
Z innych sportów lubię rower. Kiedyś to był rower górski, którym przemierzyłam z sakwami pół Europy, ale chciałam spróbować czegoś nowego i kupiłam kolarkę, zimą trochę jeździłam na trenażerze rolkowym, takim odzwierciedlającym prawdziwą jazdę. Dopiero niedawno wybrałam się na moją pierwszą przejażdżkę rozpoznawczą, a nim się obejrzałam, byłam już w Oravicach na Słowacji – tak mnie ta jazda pochłonęła! Gdy wróciłam, miałam na liczniku prawie 70 km i 1000 metrów w pionie – szosa to rewelacyjna sprawa, zwłaszcza w takim pięknym rejonie. Zamierzam więcej jeździć. Gdy wracam autem na Podhale przez różne miasteczka pustymi, nieskazitelnymi asfalcikami, to zapamiętuję, gdzie są fajne trasy na szosę i mam już na oku parę świetnych miejsc, poza oczywiście trasą dookoła Tatr, gdzie znam na pamięć każdą dziurę.
W sierpniu i wrześniu tego roku wybierasz się na dwa z trzech biegów w cyklu Skyrunner Extreme – Trofeo Kima i Glen Coe Skyline (wcześniej jest jeszcze Tromsø Skyrace). Czy to znaczy, że najlepiej się czujesz i najwięcej zyskujesz nad resztą stawki na takich bardzo trudnych technicznie trasach?
Te biegi to będzie wielka przygoda i nie myślę dużo o konkurencji, tylko o tym, żeby pobiec jak najlepiej i najlepiej się przygotować. Są dużo lepsze ode mnie dziewczyny, które świetnie biegają w trudnym terenie. Chcę wystartować w tych biegach, bo mnie to kręci i dobrze się czuję w takim terenie. Powiem nawet, że ciągnie mnie do takich ekstremalnych biegów, lubię wdrapywać się po jakiejś grani albo stromym żlebie i to jeszcze najlepiej gdy jest zupełnie dziko i nie ma ludzi. Ale chyba najbardziej uwielbiam te widoki, gdy biega się po graniach i wbiega na wysokie szczyty. To są niezapomniane przeżycia i chyba dlatego tak lubię biegać po Tatrach. W Tatrach jest wiele szlaków, które trudnością odpowiadają fragmentom trasy Kima czy Glen Coe i bardzo je lubię, mam takie swoje ukochane miejsca.
W ciągu ostatniego roku, m.in. za sprawą Marcina Świerca i jego występów w Tromsø i w alpejskich MŚ w skyrunningu pojawiały się dyskusje o takim bieganiu (czy to jeszcze w ogóle bieganie?) na pograniczu wspinaczki. Co o tym sądzisz?
Właśnie, czy to jest bieganie. Marcin Świerc zdaje się, że powiedział, że to nie ma wiele wspólnego z bieganiem. Ale czy jest taka dyscyplina sportowa jak bieganie? Nie ma. Jest lekka atletyka, a nią na pewno takie biegi nie są, są biegi górskie, ale ktoś nazwał bardzo trudne technicznie biegi wysoko w górach skyrunningiem, a potem jeszcze wymyślił wersję extreme. Więc jest to na pewno inna dyscyplina, niż lekka atletyka i trochę inna od zwykłych biegów górskich. Ostatnio modne są próby porównywania biegaczy z asfaltu do biegaczy górskich, zadawanie pytań, co jest trudniejsze, co łatwiejsze, czy biegacze górscy mają łatwiej, bo biegają z górki i wtedy mogą odpocząć itp. Te porównania to według mnie szukanie celowo kontrowersyjnego tematu, co blogerzy szczególnie lubią, bo zaraz mają setki komentarzy. A to jest przecież inny sport.
Co do zmęczenia, to biegnąc w dół z maksymalną prędkością można się bardziej zmęczyć, niż biegnąc po płaskim, bo na mięśnie działają dodatkowe siły zewnętrzne. Po takim długim zbiegu mięśnie często są jak z waty i trzeba wykrzesać z siebie ostatnie siły, żeby biec pod górę. Owszem, można przejść do marszu, ale gdy się ścigasz i ktoś cię goni, biegnie się na tych nogach jak z waty i wykrzesuje energię nie wiadomo skąd. Na asfaltowym maratonie sztuką jest natomiast utrzymanie stałego, dobrego tempa, żeby osiągnąć wymarzony wynik i walka z samym sobą – to zupełnie inna bajka. Tak samo skyrunning jest inną dyscypliną, niż biegi górskie. Przykładowo w Tymbarskich Pagórkach, w których biegłam 3 maja, zbiegałam w tempie 3:00, a po skałach w Tatrach raczej nigdy nie będę zbiegać w takim tempie. A czy skyrunning to bieganie? To według mnie kwestia bardzo względna. Bartosz Gorczyca Bieg Ultra Granią Tatr pewnie w całości przebiegł, ja większość podejść maszerowałam. Więc dla niego to było bieganie, dla mnie tylko częściowo. Ale nawet łatwe technicznie biegi ultra to nie dla każdego bieganie. Dla Marcina Świerca ultra to bez wątpienia bieganie i to szybkie, a dla większości amatorów ultra to marszobieg z przewagą marszu.
Z drugiej strony, nawet trudną wysokogórską wspinaczkę można pokonać niemalże biegiem, jak to robi np. Ueli Steck. Dlatego według mnie dyskusje co jest bieganiem, a co nie, nie mają sensu, tak jak porównywanie lekkiej atletyki do biegów górskich, czy biegów górskich do skyrunningu. W ogóle biegi górskie są nieporównywalne same do siebie i to jest właśnie w nich piękne, nie ma stałej trasy, tempa, tętna i życiówek na różnych dystansach.
Dla mnie skyrunning to jest po prostu jak najszybsze przemieszczanie się w trudnym, górskim terenie, a bieganie tam, gdzie jest to możliwe. Skyrunning to też na pewno nie jest wspinaczka, bo nie ma przecież do pokonania żadnych ścian.
Jak uważasz, gdzie są granice trudności i bezpieczeństwa w górskich biegach, jeśli w ogóle są?
Myślę, że ich nie ma, bo ludzie te granice ciągle przekraczają. Już wspominałam o Uelim Stecku. Wyobrażam sobie zawody biegowe, w których będą elementy prawdziwie wspinaczkowe i będzie wymagany odpowiedni sprzęt i umiejętności, zresztą już teraz na niektórych zawodach trzeba mieć uprząż, by wpiąć się do zamocowanych lin. I są przecież organizowane rajdy przygodowe, gdzie są etapy zarówno biegowe, jak i wspinaczkowe. Ludzie robią coraz śmielsze rzeczy w górach, organizatorzy zawodów chcą to jakoś sklasyfikować i zorganizować wyścigi, a chętni na pewno się znajdą. Zresztą my mamy w Polsce swoją tradycję przejścia Głównej Grani Tatr na lekko i na czas, gdzie jest i dużo prawdziwej, wymagającej wspinaczki i dużo biegania. Wcale nie trzeba zorganizowanych zawodów, żeby ludzie ścigali się w górach w ekstremalnych warunkach.
Czy pod te dwa wspomniane wyzwania zmieniasz jakoś swój trening? Jak się do nich przygotowujesz?
Tak jak już wspomniałam, wsiadam w tym roku zdecydowanie częściej na rower, to świetna alternatywa dla długich wycieczek górskich, żeby trochę odpocząć od biegania, a potem z jeszcze większą energią biegać. Odpoczynkiem od biegania ma być też wspinanie. A jeśli chodzi o sam trening biegowy, to zamiast tradycyjnych wycieczek biegowych chcę więcej przebywać w trudnym terenie, żeby nauczyć się jeszcze szybciej w nim przemieszczać, wejść szybko na parę szczytów ponad 2400 m, na których jeszcze nie byłam, spać w schroniskach na wysokości 2000 m n.p.m., by od rana móc trenować wysoko.
Ograniczam też szybkie treningi na stadionie na rzecz biegów progowych w górach, do biegów skyrunning nie potrzebuję jakieś specjalnej szybkości, a łapanie wysokości i mocne podbiegi jak najbardziej mi się przydadzą. Zaczęłam też trening z kijami, nie wiem jeszcze, czy będę ich używać na zawodach, ale zależy mi, żeby wzmocnić górne partie ciała. Więc stawiam na trening bardziej ogólnorozwojowy, ale nie na sali fitness czy siłowni, tylko w górach.
Władze TPN są znane z, delikatnie mówiąc, niezbyt przyjaznego podejścia do biegaczy górskich i ogólnie ludzi uprawiających sporty górskie w Tatrach. TANAP z kolei na połowę roku praktycznie zamyka słowackie Tatry przed ruchem turystycznym. Jak to wygląda po obu stronach granicy z Twojego punktu widzenia jako osoby trenującej i startującej w zawodach w naszych najwyższych górach?
Jeśli chodzi o TPN, to nie widzę jakiejś niechęci do biegaczy i tego w ogóle nie odczuwam. Można biegać, gdzie się chce i kiedy się chce – oczywiście po szlakach. Ograniczeniem są natomiast same góry. W Polsce nie ma ogólnego zakazu poruszania się zimą po szlakach, ale wiadomo, że przy zagrożeniu lawinowym czy dużym oblodzeniu nie powinno się szaleć po górach. Pokazała to czarna seria w tym roku w Tatrach w okresie świąteczno-sylwestrowym. Tatry to też nie są dobre góry do trenowania zimą. Brnięcie po kolana w śniegu w butach biegowych i ubranym na lekko, czy też zabieranie całego koniecznego sprzętu na trening – raków, czekana, zestawu lawinowego – mija się trochę z celem treningu. Dlatego też zamykanie zimą szlaków powyżej schronisk w Tatrach Słowackich, gdzie najczęściej biegam, bardzo mi nie przeszkadza. Nie podoba mi się za to zamknięcie na Słowacji wielu świetnych szlaków, głównie w Tatrach Zachodnich i Bielskich.
Czytałam w przewodnikach, że te zamknięcia niektórych szlaków po koniec lat 80-tych miały związek nie z ochroną przyrody, ale ochroną ludzi w związku z polowaniami na niedźwiedzie, jakie miały miejsce na tych terenach. Nie chciało mi się w to wierzyć, dopóki sama, nie natknęłam się po południu, po tym, gdy już pracownicy parku skończyli wyrąb drzewa(!), na pracownika TANAP ubranego w moro i z dubeltówką, polującego na jelenie. Był nie mniej zaskoczony moim widokiem, niż ja jego i wcale nie upomniał mnie, że hasam sobie poza szlakiem. Szybko zbiegłam, a niżej minęłam samochód z karteczką TANAP. Na terenie Tatr Bielskich i Zachodnich na dawnych szlakach turystycznych można spotkać wiele domków myśliwskich i ambon oraz żywność wysypaną w celu zwabienia zwierzyny, a także tabliczki „uwaga – wstęp wzbroniony”. Taka to ochrona przyrody. Tak więc biegaczu, zapuszczając się poza szlak w Tatrach Słowackich uważaj na własne życie!
W Polsce są za to ograniczenia dla imprez sportowych. Obecnie w TPN obowiązują zadania ochronne, do czasu zatwierdzenia nowego planu ochrony, którego projekt jest już gotowy. W tych zadaniach ochronnych jest nakaz wprowadzania przez władze TPN działań na rzecz stopniowego ograniczania liczby imprez sportowych. To, w jaki sposób dyrektor parku te imprezy ogranicza, to już inna kwestia, np. poprzez pobieranie opłat za organizację biegów, liczonych od każdego uczestnika. Poprzedni dyrektor parku tak wysokich opłat nie pobierał, ale ograniczał znacząco liczbę uczestników. Efekt jest taki, że za udział w biegu na terenie polskich Tatr płacimy 200-350 zł, a po stronie słowackiej 10-15 euro. W słowackich Tatrach jest też o wiele więcej imprez biegowych, co bardzo mnie cieszy, bo dobrze znam te szlaki i będę więcej startować w tym roku na Słowacji.
Teraz byliśmy świadkami konfliktu między władzami innego z naszych parków narodowych, a organizatorami biegu – chodzi o słynną już sprawę Rzeźnika. Dostało się jednym i drugim. Ci drudzy nie przewidzieli takiego rozwoju sytuacji, do czego sami się przyznali. Ale postawa pewnych osób w zarządzie Bieszczadzkiego Parku Narodowego to chyba przejaw wyjątkowo skostniałego sposobu myślenia?
Ciężko to komentować, padło już tak wiele słów i przeciwko organizatorom biegu i ludziom, którzy ograniczają masowe imprezy w parkach narodowych. Może nie ma u nas jeszcze takiej kultury spędzania czasu w górach na biegowo, jest za to bardzo rozwinięta kultura spacerowania, często bez odpowiedniego sprzętu i przygotowania, która kończy się tragediami – tutaj nikt nie wprowadza ograniczeń czy wymogów, a władze parków czerpią profity z biletów wstępu. Sama, gdy biegam po Tatrach, wybieram najbardziej odludne miejsca i mniej uczęszczane Tatry Słowackie, bo nie lubię przepychać się przez tłumy turystów, którzy patrzą pod nogi zamiast przed siebie i nie widzą co się dzieje dookoła.
Spotkałam się też ze stwierdzeniami, że biegacze przeszkadzają turystom, że się przepychają, nie zważając na nic i stwarzając zagrożenie, że góry nie są do ścigania, tylko kontemplowania. Jeśli mamy bieg, na którym jest tysiąc uczestników, to wtedy turyści muszą ustępować biegaczom, a nie każdemu się to podoba. Wielu turystom wydaje się, że szlak to miejsce tylko i wyłącznie dla ich spokojnych wycieczek. Wystarczy, że ktoś wpływowy podchwyci takie nastroje i mamy sytuację jak z Rzeźnikiem.
Jeśli chcemy swobodnie biegać po górach, to piechurzy muszą zmienić myślenie, że góry są też dla biegaczy i każdy ma prawo poruszać się takim tempem, jakie lubi. Ograniczeniem są też same przepisy w parkach, które mówią, że pierwszeństwo ma zawsze pieszy, a biegacz to chyba nie pieszy, sama nie wiem, jak to interpretować. Do takiej kultury, jaka jest na Transvulcanii czy na Zegamie, gdzie dosłownie wszyscy się zatrzymują wzdłuż trasy, ustępują i kibicują biegaczom, chyba nam jeszcze daleko.
Z drugiej strony bieganie w Polsce zaczyna być coraz bardziej popularne, im więcej osób biega, tym jest większe zrozumienie i szacunek dla biegaczy w górach. Jeśli każdy turysta miałby w rodzinie choć jednego biegacza, to myślę, że kibicowanie na szlaku i ustępowanie biegaczom byłoby czymś naturalnym. Nie wierzę i nie rozumiem argumentów, że ograniczanie imprez biegowych w parkach służy ochronie przyrody, może brak mi stosownego wykształcenia przyrodniczego, ale nie docierają do mnie argumenty o erozji gleby czy niszczeniu szlaków przez biegaczy. Według mnie to kwestia kultury i nastawienia do biegaczy przez niektórych ludzi. Podobne tendencje są w miastach, gdzie niektórym bardzo przeszkadza zamykanie ulic w weekendy i fakt, że tyle ludzi marnotrawi czas na bieganie. Ale wierzę, że to się będzie zmieniać, bo biegi górskie i nie tylko cały czas w Polsce rozkwitają.
O treningu wiesz już bardzo dużo i chętnie się tą wiedzą dzielisz, czy to na swoim blogu, czy w artykułach w branżowych pismach (właśnie ukazał się artykuł Olgi w majowym numerze „Gór”, z ciekawymi poradami o trenowaniu podbiegów i zbiegów, polecamy! – przyp. red.). Czy pisanie o bieganiu jest Twoją pasją na równi z uprawianiem sportu? Planujesz może w przyszłości napisać jakiś poradnik, książkę?
Lubię pisać w ogóle, a tym bardziej o tym, na czym się znam i co kocham. Chciałabym więcej pisać o bieganiu, ale ponieważ dużo też piszę zawodowo, to często nie mam już siły i chcę odpocząć od komputera. Palce u rąk bolą mnie czasami bardziej niż nogi od biegania. (śmiech) Myślę o książce, no pewnie, ale pomysłów mam tak dużo, że nie wiem, od czego zacząć. Czy bardziej o bieganiu, czy o życiu i realizacji marzeń, odnajdywaniu siebie i własnej drogi, albo to i to. Może po prostu zacznę i zobaczę, co z tego wyjdzie. (śmiech)
Oprócz wspomnianych imprez biegowych, jakie masz jeszcze plany sportowe na ten rok? Jakie starty i górskie wyzwania są przed Tobą?
Doświadczenia z poprzednich lat nauczyły mnie, że lepiej nie mieć za dużo konkretnych planów, tylko cieszyć się każdym dniem i każdym treningiem. A jeśli już mieć plany, to na tyle luźne, żeby jakieś przeciwności nam tych planów nie pokrzyżowały. Jest znane powiedzenie na ten temat i jego się trzymam. (śmiech) Tak więc chciałabym, poza biegami z cyklu Skyrunner Extreme, pobiec w paru krótszych zawodach, jak Bieg Marduły (to już w ten weekend! – przyp. red.) i biegi w Tatrach Słowackich lub innych słowackich górach – interesują mnie trudne biegi typu skyrunning, może wcisnę jeszcze jakiś półmaraton czy maraton w polskich górach. A co z tego wyjdzie, życie pokaże.
Mam też plan własnego projektu w Tatrach – lubię ten projekt, bo sama decyduję, kiedy go wykonam i już powoli się do niego przygotowuję, robiąc rekonesanse tras. Projekt rozłożony jest na dwa lata i na razie więcej nic nie powiem, bo sama nie wiem, kiedy dokładnie zacznę, ale najprędzej w czerwcu. Cieszę się, bo Magazyn Góry zgodził się objąć nad nim patronat, będę też pisać o moich górskich harcach w Ultra Trail Runner Magazynie i na moim blogu (http://biegamwgorach.pl/). Także odsyłam do tych mediów.
Na koniec powiedz, czego Ci możemy życzyć na ten rok, oczywiście oprócz sukcesów sportowych?
Dzięki za to pytanie! Przede wszystkim zdrowia, bo bez niego i z biegania i z realizacji marzeń nici. Równowagi między treningiem a odpoczynkiem. No i dobrej pogody w Tatrach – starzy górale mówią, że lato będzie suche i ciepłe!
Rozmawiał Kamil Weinberg
fot. Karolina Drogoszcz, Błażej Łyjak, Olga Łyjak