Renata Kałuża jest wyjątkową zawodniczką. Zanim została kolarką ręczną i zdobyła m.in. mistrzostwo świata, zajmowała się wspinaczką, była przewodnikiem górskim i niezwykle aktywną osobą. W 2007 r. podczas wspinaczki uległa wypadkowi i złamała kręgosłup. Nie złamało to jednak jej twardego charakteru i nie pozbawiło radości życia.
W miniony weekend podczas Gali Mistrzów Sportu Renata Kałuża odebrała statuetkę Najlepszego Niepełnosprawnego Sportowca Roku. Nam opowiedziała o swoich planach i zaraziła nas swoim optymizmem.
Tytuł Najlepszego Niepełnosprawnego Sportowca Roku to idealne podsumowanie wyjątkowo udanego zarówno dla polskich kolarzy ręcznych sezonu, jak i dla pani. Czy na początku sezonu spodziewała się pani takich wyników, a zwłaszcza złotego medalu mistrzostw świata?
W sporcie nigdy nic nie wiadomo, ale z poprzednich mistrzostw świata wróciłam z dwoma srebrnymi krążkami, więc w końcu uwierzyłam, że mogę powalczyć o zwycięstwo. Cały rok bardzo ciężko pracowałam. Po zrobieniu testów wydolnościowych trener Jakub Pieniążek powiedział mi, że jeszcze tego nie wiem, ale „wykończę” konkurencję (śmiech). Oczywiście śmiałam się z tego i nie do końca wierzyłam, a jednak trener miał rację. Wyścig w Greenville był bardzo ciężki, odbywał się w warunkach, na które mój organizm niezbyt dobrze reaguje - wysoka temperatura przy bardzo dużej wilgotności, ale walczyłam do końca i udało się!
Jakie znaczenie ma pani ten tytuł? Czy coś się dzięki niemu zmieni? Czy np. rozmowy ze sponsorami staną się łatwiejsze?
To jest ogromne wyróżnienie dla każdego sportowca. Cieszę się, że zostałam doceniona, aczkolwiek jest wielu sportowców z niepełnosprawnością, którzy zasługują na ten tytuł. Myślę, że niewiele się zmieni. Sponsorzy raczej nie są zainteresowani współpracą z niepełnosprawnymi, gdyż jesteśmy niezauważalni przez media. Próbuję co roku i nawet złoty medal to za mało. Szkoda.
Czy pamięta pani jeszcze swoje pierwsze zawody? Jak się zakończyły? Co okazało się największym wyzwaniem?
Pamiętam doskonale pierwszy start. To był Półmaraton Poznański w 2009 roku. Strasznie się stresowałam, bo nie wiedziałam, czego się spodziewać. Nie było tak źle (śmiech). Zajęłam drugie miejsce, chociaż kosztowało mnie to naprawdę dużo. Najbardziej zaskoczył mnie start. Oglądając wyścigi kolarskie wiedziałam, że peleton startuje bardzo spokojnie, a tutaj na odwrót. To było szaleństwo, zanim się zorientowałam wszyscy już mi uciekli, dlatego cały półmaraton goniłam, kogo mogłam. Koleżanka złapała gumę w przednim kole, dlatego wskoczyłam na drugą pozycję.
W 2011 r. zadebiutowała pani na arenie międzynarodowej i był to debiut niezwykły, zakończony zwycięstwem w jednym z najbardziej prestiżowych maratonów świata. Pamięta pani swój nowojorski start?
Za granicą startowałam już od 2010 roku w Pucharach Europy, jednak mój pierwszy zagraniczny maraton wypadł mi w Nowym Jorku. Razem z Rafałem Wilkiem i Robertem Nowickim zostaliśmy zaproszeni przez Stowarzyszenie Achilles International do Nowego Jorku. To była naprawdę ekscytująca przygoda. Ponad 100 zawodników i zawodniczek z całego świata. Maraton był jednym z cięższych, w jakich startowałam, przede wszystkim dlatego, że do strefy startu zawieziono nas już o 5 rano, gdyż cała trasa była zamykana, do tego zimno i silny wiatr, dużo zakrętów i podjazdów na długie mosty i wiadukty. Trasa prowadziła przez 5 głównych dzielnic miasta z metą w Central Parku na Manhattanie, także mijałam wszystkie perełki miasta... niestety podczas wyścigu nie ma czasu na oglądanie widoków, tylko trzeba pilnować, aby nie wypaść z trasy (śmiech).
Na metę dojechałam....niezauważona, dlatego nie wiedziałam, czy wygrałam w kategorii kobiecej. Na starcie jest zawsze duże zamieszanie i nie byłam pewna, czy przede mną gdzieś nie ucieka inna zawodniczka. Dopiero po jakimś czasie przyszła organizatorka i mnie przeprosiła, że szarfa nie była gotowa, gdyż mnie nie rozpoznali (w kasku i okularach ciężko zidentyfikować kogokolwiek), poza tym nie spodziewali się, że kobieta może przejechać maraton w tak szybkim czasie.
To, co pamiętam najbardziej, to atmosfera na trasie. Chyba nigdzie nie widziałam tylu kibiców i takiego zaangażowanie mieszkańców podczas maratonu. Każdy zawodnik był traktowany, jak prawdziwa gwiazda! Naprawdę świetna impreza.
Od wypadku w górach minęło 7 lat. Od tamtej pory wiele się wydarzyło. Stanęła pani na podium Pucharu Europy i Świata, została mistrzynią świata i według rankingu UCI, najlepszą kolarką ręczną na świecie. Jak pani ocenia ostatnie 7 lat?
Szalone.... Nowe życie, nowa Ja. Przez te 7 lat skoncentrowało się tak wiele wyzwań w moim życiu. Początkowo wydawało mi się, że wszystko się skończyło, ale, jak to pisał jeden z moich ulubionych pisarzy, Sapkowski: „Coś się kończy, Coś się zaczyna”. Cieszę się, że się nie poddałam. Rodzina, mąż bardzo mi w tym pomogli. Znalazłam nową pasję, która z poziomu zabawy przeszła w poziom profesjonalny i teraz nie wyobrażam sobie innego życia.
Zimę spędzi pani w Hiszpanii, by przygotować się do MŚ. Czy już rozpoczęła pani treningi? Jak one wyglądają?
Właściwie w Hiszpanii jestem od września, tam jest teraz mój nowy dom. Mąż dostał ofertę pracy i bez zastanowienia przenieśliśmy nasze życie do serca Kastylii. To prawdziwy raj do uprawiania kolarstwa. Treningi przygotowawcze do sezonu zaczęłam pod koniec listopada, 5-6 dni w tygodniu po kilka godzin. Całe szczęście, że tu, gdzie mieszkamy nie ma zimy, więc mogę trenować na szosie.
Rozmawiamy na początku roku. Czy Mistrzyni Świata, najlepsza kolarka świata i teraz sportowiec roku ma jakieś noworoczne postanowienia i cele na 2015 r.?
Chciałabym obronić tytuł mistrzyni świata, chociaż będzie bardzo ciężko, gdyż w mojej kategorii przybywa dziewczyn, które zapowiadają się bardzo dobrze. Jednak jest to dodatkowa motywacja. Mistrzostwa Świata w Parakolarstwie to cel, na którym koncentruje się najbardziej, Postaram się powalczyć również na Pucharach Świata (Niemcy, Szwajcaria, Włochy – red.) o najlepszą lokatę.
Czy oprócz medalu olimpijskiego ma pani jeszcze jakieś niespełnione sportowe marzenia?
Mam wiele marzeń związanych z moją dyscypliną, jednak niektóre nie są typowo sportowe. Marzy mi się wyprawa rowerowa w Ameryce Północnej na Alaska Highway. To prawie 2300 km drogi idącej przez Kanadę do stanu Alaska. Kocham przyrodę, trochę podróżowaliśmy z mężem po Kanadzie i jest to kraj, który mnie najbardziej zachwycił, dlatego chciałabym przemierzyć jeszcze raz tę krainę na rowerze. Może po Rio znajdę odpowiednie towarzystwo i środki do zrealizowania tego marzenia (śmiech).
Dziękujemy i gratulujemy wyróżnienia!
Rozmawiała Ilona Berezowska
fot. Rafał Wilk, Archiwum