To była prawdopodobnie druga tego typu impreza w historii polskiego ultrabiegania. Dwudobowe zawody na asfaltowej pętli o długości 1535,16 m, o nazwie ABM Jędraszek UltraPark 48h, rozegrano w dniach 7-9 czerwca podczas festiwalu UltraPark Weekend w Pabianicach, wraz z Mistrzostwami Polski na dystansie 100 km i biegiem na 50 km.
– Pierwszy bieg 48h w Polsce odbył się na AZS-ie w Katowicach w 2010 albo 2011 roku – wspominał dyrektor zawodów Piotr Kardas z pabianickiego amatorskiego klubu „O Co Biega”. – Rozegrano go raz, a może dwa razy, teraz już trudno to sprawdzić. Polskie biegi ultra od tamtego czasu się bardzo rozwinęły, ale takich imprez nie było. Stwierdziliśmy, że Polacy zasługują na taki bieg, i to na szybkiej trasie.
– Jednym z celów organizacji naszego biegu jest było właśnie przywrócenie w Polsce do życia tej konkurencji – dodał pomysłodawca biegu, jego biegowy przyjaciel Piotr Pazdej. – Słyszeliśmy głosy, że brakuje u nas takich imprez - szczególnie po sukcesie 24-godzinnej przełajowej Leśnej Doby, którą od trzech lat organizuję z moim Stowarzyszeniem Wszystko Gra Pabianice. Osobiście chciałem zrobić tylko 48h, ale w międzyczasie pojawił się pomysł na dołączenie biegów 24h i 12h. Z uwagi na bieg 24h w Dąbrowie Górniczej w ten sam weekend nie chcieliśmy się wcinać z podobnym dystansem, lecz i tak wyszło w tym samym terminie. Wiadomo jednak, że kalendarz jest gęsto upakowany imprezami.
– Terminem zarządziła propozycja zorganizowania MP na 100 km, która wyszła od Jacka Będkowskiego - naszego anioła stróża od strony oficjalnej, który sam też w nich startuje. Na tej pętli pabianiccy biegacze często trenują, szczególnie od czasu położenia nowego asfaltu w ramach budżetu obywatelskiego półtora roku temu, jednak żadnych zawodów wcześniej tu nie było. Na jednym z treningów stwierdziliśmy, że to jest wymarzona trasa na tego typu bieg, płaska jak stół i bez ostrych zakrętów.
Dwudobowe bieganie rozpoczęło się w gorący, słoneczny piątek 7 czerwca o 10:00. Na starcie stanęło 28 ultrasów, w tym 6 pań. Znaleźli się wśród nich goście z Rumunii, Niemiec i Czech. Taka sama pogoda towarzyszyła biegaczom przez całą sobotę i niedzielny poranek. Noce były również bezdeszczowe, lecz zimne. W sobotę zawodnicy z najdłuższego dystansu kręcili kółka wraz z uczestnikami biegów na 50 i 100 km. Naszą relację i z tych wydarzeń można przeczytać poniżej.
Od samego początku na zdecydowane prowadzenie wysunęła się nasza reprezentacyjna ultraska, pabianiczanka Milena Grabska-Grzegorczyk. Nie było to niespodzianką biorąc pod uwagę, że przygotowująca się do słynnego Spartathlonu i debiutująca na tym dystansie biegaczka miała zamiar uzyskać jak najlepszy wynik na... 24 godziny, a później, w zależności od samopoczucia, być może nawet zejść z trasy. Pierwsze 100 km miejscowa zawodniczka pokonała w 9,5 h. Przewagę kilku pętli utrzymywała nad debiutującym w tego rodzaju biegu łodzianinem Andrzejem Klimczewskim, i paru kolejnych nad weteranem wielodniowych biegów, Pawłem „Asfaltowym Chłopakiem” Żukiem.
Kolejność ta nie ulegała zmianom aż do sobotniego wieczora, jednak cała trójka przeżywała różnego rodzaju kłopoty. Wykończona upałem Milena nie była zadowolona z nabieganego po pierwszej dobie dystansu. Po masażu nóg i krótkiej drzemce, namawiana przez serwisujących ją męża Bartka i przyjaciół postanawiała stopniowo cisnąć dalej – na przemian biegiem i marszem – najpierw do 270 km, potem do 300, a w końcu do upłynięcia drugiej doby.
Ogromny kryzys dopadł w sobotę rano najmniej doświadczonego w bieganiu po pętlach Andrzeja Klimczewskiego, który dosłownie zataczał się od krawędzi do krawędzi trasy. Po odpoczynku łodzianin zyskał jednak drugie życie i utrzymywał drugie, a pierwsze wśród panów miejsce. Kryzysy i odrodzenia przytrafiały mu się jeszcze kilka razy.
Wydawało się, że najbardziej doświadczony Paweł Żuk spokojnie wypełnia swoją taktykę. Weteran zaczął jednak narzekać na pogłębiający się ból dużego palucha stopy, który go znacznie spowolnił. Wtedy „Asfaltowy Chłopak”, niczym MacGyver ze starego serialu, za pomocą scyzoryka i nożyczek przerobił swoje buty na „sandały”, wycinając przody cholewek. Patent ten umożliwił mu dalsze napieranie. W sobotni wieczór nie był jednak pewny, czy warto ryzykować zdrowie i rozważał nawet zakończenie rywalizacji. Dystans do prowadzącej trójki zmniejszali tymczasem kolejni zawodnicy, na czele z Michałem Koziarskim i Grzegorzem Włodarczykiem.
Ten pierwszy w niedzielę nad ranem wyprzedził zarówno „Asfaltowego Chłopaka”, jak i łodzianina, awansując na drugie miejsce open i pierwsze wśród panów (333,515 km). Paweł Żuk po krótkiej drzemce biegł dalej i utrzymał kolejne miejsce z wynikiem 326,989 km, a na najniższy stopień męskiego podium ostatecznie wskoczył Grzegorz Włodarczyk (324,605 km). Zaledwie o kilkadziesiąt metrów pokonał on Andrzeja Klimczewskiego (324,532 km). Ponad trzysta kilometrów pokonał także Cristian Borcan z Rumunii (307,032 km).
Tymczasem biegnąca na nowych siłach Milena Grabska-Grzegorczyk odniosła bezdyskusyjne zwycięstwo z rezultatem 346,973 km! Kolejne miejsca wśród pań zajęły: Beata Kołodziejczak (229,861 km) i Anna Bodzioch (221,448 km). Barierę dwustu kilometrów przekroczyła również miejscowa zawodniczka Monika Hetmanek (214,474 km).
Pełne wyniki można zobaczyć TUTAJ.
– Wczoraj wszyscy mnie namawiali, żebym dalej cisnęła, ale ostatecznie to kolega Andrzej „Melonik” Piotrowski (czwarty zawodnik wczorajszych MP w biegu na 100 km – red.) mnie przekonał, żebym pobiegła przynajmniej 300 km, to jego sprawka! – śmiała się Milena Grabska-Grzegorczyk. – W drugiej dobie z dużym naddatkiem się odegrałam za ten niezbyt udany wynik w pierwszej. Naprawdę nie marzyłam o takiej ilości kilometrów!
Zwyciężczyni miała jeszcze tyle siły, by zatańczyć z jednym z organizatorów przy specjalnie na tę okazję zagranej piosence pt. „Milenka”, co można obejrzeć na naszych zdjęciach.
Zwycięzca wśród panów Michał Koziarski, choć bez doświadczenia w biegach 48h, wykazał się znakomitą taktyką, przesuwając się stopniowo z dalszych pozycji. – Trudno powiedzieć, czy taktycznie było dobrze – przyznał jednak skromnie – bo pierwszy raz brałem udział w takim biegu. Jedyne, co miałem, to doświadczenie z biegów 24h, gdzie mam życiówkę niecałe 207 km. Warunki pogodowe były ciężkie i nie do końca wiedziałem, jak się zachowa moje ciało w drugiej dobie, chociaż to nie taka zupełna nowość dla mnie, bo mam już za sobą Bieg 7 Szczytów na 240 km. Tam to jednak był górski bieg i nie można tego porównywać do biegania 48h po pętli. Takich biegów nie ma dużo, ale chyba się dobrze w tym odnalazłem. Nie byłoby to możliwe bez mojej doskonałej załogi w osobie taty, który mi jak zwykle bardzo pomógł.
– Na szczęście kontuzja nie okazała się aż tak poważna, skoro dało się z nią biegać jeszcze następną dobę – opowiadał po zakończeniu biegu Paweł Żuk. – Czy paluch jest pęknięty, to się okaże dopiero po zbadaniu. Wczoraj to wyglądało dużo poważniej i się pogłębiało. Trzeba było przeanalizować sytuację i podjąć decycję, czy kończymy zawody bo zdrowie ważniejsze, czy jednak traktujemy to jako zło konieczne i walczymy dalej. Jak widać, nawet z takim urazem sobie poradziłem. W drugą noc się 2-3 godziny przespałem, a po czymś takim zawsze wstaję i mogę kręcić od nowa. Wycięcie butów zrobiłem sam, robiłem już to wcześniej, ale nie jest to mój pomysł, zaczerpnąłem go od bardziej doświadczonych biegaczy na Zachodzie. A jeśli chodzi o taktykę, to ja tylko biegam, a całą resztą zajmuje zajmuje się serwis. Dostałem informację, że jest możliwość utrzymania dobrego miejsca, i im zaufałem!
Pewnie gdybym lepiej wiedział, jak wygląda sytuacja, to bym jeszcze docisnął przyznał Andrzej Klimczewski, któremu zabrakło kilkudziesięciu metrów do podium – ale zupełnie się tym nie martwię. To mój pierwszy bieg 48h, chciałem nabiegać 300 km, a i tak jest sporo więcej. Miałem takie fazy, że się potykałem o własne nogi, ale przetrwałem to i cisnąłem dalej.
Powszechną sympatię wzbudził Rumun Cristian Borcan, który zdobył 6. miejsce open i 5. wśród mężczyzn. – Pobiłem rekord swojego kraju w kategorii wiekowej M45 na 24h i absolutny na 48h – cieszył się. – To mój pierwszy bieg w Polsce, a zaprosił mnie na niego mój przyjaciel Paweł Żuk, z którym się znamy z biegów w innych krajach.
Organizatorzy z „O Co Biega” już teraz zaprosili na kolejną edycję swojego 48-godzinnego biegu już za rok. Wszystko wskazuje na to, że zyskaliśmy pierwszą cykliczną imprezę w tej niecodziennej, ekstremalnej konkurencji.
KW