Winter Trail Małopolska - ostatni szczebel sezonu ambasadorki. "Każdy finiszer jak zwycięzca"

Sezon 2019 w górach postanowiłam zakończyć albo sezon. 2020 rozpocząć w Beskidzie Wyspowym. 4. edycja Winter Trail Małopolska w środku grudnia na dystansie 45 km, z przewyższeniami +/- 2580 m brzmiała zachęcająco. Tyle wystarczyło, żeby się zapisać, dopiero z czasem z różnych zakamarków mediów społecznościowych zaczęły wyłazić informacje, jak bardzo jest to impreza z cyku „wnogidająca”.

Gdzieś na zachodnich stokach Lubogoszczy, ponad 1 km od najbliższej cywilizacji, przycupnęła mająca już 95-letnią tradycję Baza Szkoleniowa, w której usytuowano start i metę. Miejsce to nieskalane ani funduszami Unii Europejskiej, ani uregulowaną sytuacją gruntu, woła o modernizację i zrobienie z niego prawdziwego cacuszka, ale dzięki temu ma swój niepowtarzalny, wręcz schroniskowy urok biegowego minimiasteczka.

Od porannego startu w sobotę biegów na 105 i 65 km, a godzinę później 45 i 35, do wczesnego popołudnia w niedzielę, kiedy na limit 30 h biegli ostatni zawodnicy najdłuższego dystansu, wszystko było podporządkowane wyłącznie biegaczom. Muzyka, brawa i okrzyki dobiegające ze strefy mety non stop w dzień i w noc anonsowały każdego zawodnika przekraczającego linię mety. Brawa dla organizatorów, że każdego finiszera witali jak zwycięzcę.

Start zapowiadał się oryginalnie. Hymnem imprezy był ożywczy „Szczebel Love Song” z wokalem Pawła Derlatki, kierownika zawodów. Odliczanie do startu było wplecione w tekst piosenki. Tyle że… mało wyraźnie. 10… 9… 8… ledwo dało się usłyszeć wśród gitarowych riffów, grane 2… 1… 0… start! I wszyscy stoją. Już pomijam, że przy odliczaniu hasło „start” pada po „1”, a nie po „zero”. Nikt się nie zorientował, że ma biec! Dopiero rozpaczliwe ruchy ręką konferansjera uwolniły charty z pierwszego rzędu.

Beskid od początku pokazał, że to on rządzi, a nie my i już na pierwszych kilometrach bieg pozostał biegiem tylko z nazwy. Nie na darmo przymiotnik wyspowy wywodzi się z tego, że mało tu grani, a zdecydowanie więcej wystających w niebo wierzchołków. Raz po raz więc trzeba włazić, żeby potem zejść i wleźć ponownie. Zbieg po 2-kilometrowej wspinaczce na jeden z trzech czubów Lubogoszcza (Zachodni, 953 m.n.p.m.) uradował pokaźną grupę z nas na tyle, że przeoczyliśmy ledwo oznaczony skręt po 700 m w lewo w kierunku Lubogoszcza właściwego (968 m.n.p.m.) i pognaliśmy dalej w dół. Jak się szybko miało okazać, oznaczenie trasy to była prawdziwa zmora tej imprezy. W każdym razie, nadrobienie kilometra w dół i ponad kilometrowy powrót w górę przesunął mnie na ogon stawki. Pozostało tylko cieszyć się widokami.

Strome zejście z Lubogoszcza po luźnych, porozrzucanych po gruncie, miejscami pokrytych lodem kamulcach nie sposób było nazwać zbiegiem. Po 10 km stopy odzyskały przyczepność, gdy dotarliśmy do Kasiny Wielkiej. 3 km asfaltem pod stok narciarski przypomniały nam, że mamy jednak biegać. Dalszy trawers ku Przełęczy Jaworzyce wcale jednak lekki nie był, aczkolwiek widokowo, przy zerkającym przez chmury słońcu, pyszny.

Na Przełęczy (20 km) uznawanej jako granica pomiędzy Beskidem Wyspowym a Makowskim, czekał nas pierwszy punkt regeneracyjny z marchwianką, napojami ciepłymi i zimnymi, daktylami, cytrusami i orzeszkami ziemnymi. Za nim rozpoczęła się, częściowo asfaltem, wspinaczka na Lubomir (904 m n.p.m.). Szczyt bardzo charakterystyczny, bo wznosi się na nim małe, sięgające historią 1922 r., obserwatorium astronomiczne. Za Lubomirem wzmogłam czujność, gdyż ze skądinąd bardzo dobrze przygotowanego profilu na numerze startowym wynikało, że trzeba będzie skręcić z dotychczasowego żółtego szlaku na bezszlak, ale na nic się to zdało, bo znów minęłam organizatorską strzałeczkę. Po powrocie na trasę czekała jeszcze Kiczora (725 m n.p.m.). Na jej wierzchołku w lewo odbijała trasa na 35 km, tyle że niewielka tabliczka o tym informująca leżała pod drzewem przysypana liśćmi. Ścieżka skręcała w naturalny sposób na mój dystans, ale ciekawa jestem, ilu zawodników z 35 km i tutaj zaliczyło dodatkową pętelkę…

Potem zbieg do Lubienia na wspaniały, dzięki wolontariuszom i pieczonym ziemniaczkom, drugi punkt regeneracyjny (mój 35 km) wprost pod mityczny, owiany nimbem WTM, sławiony wspomnianą wyżej pieśnią, Szczebel. To raptem 977 m n.p.m., ale i 600 m podejścia w 3 km. Stromo. Zegarek odpikiwał mi najdłuższe kilometry w moim biegowym życiu. Krok do przodu, dwa kroki w tył. Na szczycie kiedyś nawet ktoś czekał z ogniskiem, ale już niestety nie o tej porze, gdy ja tam dotarłam.

Na zejściu, gdzie z ciemności zza każdego drzewa zdawał się dobiegać szept nakazującego uważać na stawy skokowe ortopedy, zaczęli mi dodatkowo oświetlać drogę czołówkami zawodnicy z 65 km, którzy Szczebel pokonywali dwukrotnie. A podobno i tak było nad wyraz sprzyjająco, bo nie zalegał lód. Po ponownym odzyskaniu przyczepności zaliczyłam triumfalną rundę po Kasince Małej, zgarniając przy okazji kolejne zagubione oznakowaniem trasy duszyczki, ale jeszcze nie było mety. Jeszcze wcale niezbyt łagodne 3 km podejścia z miasteczka do bazy na Lubogoszczy… Za to, zanim wreszcie ją zobaczyłam, słychać było z daleka harmider, robiony przez organizatorów witających finiszerów. Słowo daję, za to nawet im te fatalne, niewidoczne, czarno-żółte w znikomej ilości taśmy wybaczyłam!

Epilog. Cudna, wymagająca trasa, porządne punkty regeneracyjne, urocze usytuowanie startu i mety, do rany przyłóż ludzie w bazie i na punktach, całkiem bogaty pakiet, czapka finiszera. Minusy? Oznaczenie trasy, brak wyników on-line (w ogóle wyniki mieliśmy dopiero dobę po zakończeniu biegu). Medal? Dyskusyjny w urodzie, oryginalny w pomyśle (z magnesem). Potworne zakwasy to na plus czy na minus? W każdym razie, niech podsumowaniem tego biegu będzie to, że od razu zaczęłam myśleć o udziale w edycji letniej. Trzeba zobaczyć za dnia te widoki ze Szczebla!

Magda Wilk, ambasador Festiwalu Biegowego