Tradycyjnie w pierwszym tygodniu marca odbył się w Jakuszycach k. Szklarskiej Poręby Bieg Piastów. Impreza przez 41 lat wyewoluowała z jednego, niezbyt dużego biegu, do festiwalu narciarstwa biegowego, w którym biorą udział dziesiątki tysięcy biegaczy narciarskich z całego świata, rywalizujących na wielu dystansach. Jest to również jedna z odsłon Worldloppet - cyklu maratonów narciarskich organizowanego pod auspicjami Międzynarodowej Federacji Narciarskiej FIS.
Relacja Tomasza Porzyckiego, Ambasador Festiwalu Biegów, autor bloga https://nunteferma.wordpress.com
Tegoroczna edycja była moim trzecim startem w tej wspaniałej imprezie, a zarazem drugim na najdłuższym dystansie - 50 kilometrów klasykiem. W tym miejscu należy się wyjaśnienie - nigdy nie byłem zawodnikiem, a moja przygoda z biegówkami, choć dość długa, jest zupełnie amatorska i - wbrew tytułowi - w zasadzie pozbawiona pierwiastka rywalizacji. Biegam dla siebie i we własnym tempie nie celując w nagrody i miejsca na podium. Liczy się dobra zabawa!
Jako, że bieg na 50 kilometrów odbywał się w sobotę, to na miejscu zameldowałem się już w piątek. Atmosferę święta biegówek czuć już przy wjeździe do Szklarskiej Poręby - na ulicach widać ludzi z nartami biegowymi na ramieniu (widok nad wyraz rzadki w innych narciarskich miejscowościach w Polsce), a niektórzy z biegaczy z dumą nosili na szyjach medale jakie dostali za udział w biegach odbywających się tego dnia.
Aby jeszcze bardziej wprowadzić się w atmosferę imprezy, a zarazem dopełnić powinności administracyjnych, jeszcze w piątek pojechałem pociągiem do Jakuszyc. Mimo, że wiedziałem czego się spodziewać, jak zawsze zaskoczył kontrast wiosennej Szklarskiej z pełnią zimy jaka panowała kilka kilometrów dalej. Na Polanie leżało pewnie jakieś 30 - 40 cm śniegu, a krajobraz przypominał raczej pocztówki z Laponii, niż środkową Europę w marcu.
Szybko odebrałem numer w biurze zawodów, które akurat zostało opanowane przez sporą grupę biegaczy z Włoch, którzy z wrodzonym optymizmem podśpiewywali, uśmiechali się i żartowali stojąc w kolejce do rejestracji. Potem jeszcze tradycyjny spacer w miejsce startu i mety, żeby rozeznać się w organizacji wszystkiego i powrót do Szklarskiej Poręby.
W dniu biegu jak zwykle doskonale zorganizowany darmowy transport dowiózł mnie i tłum innych zawodników na Polanę Jakuszycką gdzie wszyscy spokojnie przygotowywaliśmy się do biegu. Tematem dnia był ogłoszony kilka tygodni wcześniej udział Justyny Kowalczyk. Z każdej strony dało się słyszeć rozmowy zawodników i kibiców na ten temat.
Na około godzinę przed startem w szatni ktoś powiedział „Justyna wyszła na rozgrzewkę!”. Chwilę później szatnia opustoszała, bo skoro Justyna już się „grzeje” to inni też powinni. Ci, którzy zostali zaczęli natomiast rozważać w jakim czasie pobiegnie, czy wygra tylko wśród kobiet, czy też open. Nie da się ukryć, że start Justyny pozwolił wszystkim oderwać się od przedstartowych nerwów i rozmyślań, stanowiąc wspaniały temat zastępczy.
No ale w końcu nadszedł najważniejszy moment - start. Muszę tu niestety napisać, że wypadło to wszystko dużo słabiej organizacyjnie niż rok temu. Strefa startowa była niewielka, zawodnicy mieli być wpuszczani do niej zgodnie z grupą w której mieli startować, ale bardzo szybko przy wejściu do strefy zrobił się ogromny tłum i zamieszanie. Ogromny szacunek dla ludzi którzy stali tam „na bramkach”, bo udało im się ogarnąć tak wielki tłum zestresowanych narciarzy, ale jeżeli mogę coś doradzić - Szanowni Organizatorzy, na przyszły rok pomyślcie nad jakimś innym rozwiązaniem. Może warto wrócić do tego jak to wyglądało rok temu, gdy nie było żadnych problemów w tym elemencie?
Jak chodzi o sam bieg, dość szybko przekonałem się, że warunki w niczym nie przypominają tych idealnych sprzed roku. Niestety, ale śnieg był mokry, ciężki, a miejscami wręcz błotnisty. Najgorsze jednak było to, że na pierwszym zjeździe zdałem sobie sprawę z tego, że moje narty były bardzo wolne, przez co musiałem tracić dużo energii na tych częściach trasy, które miały być najłatwiejsze. Zrozumiałem więc prawie natychmiast, że czasu sprzed roku raczej nie pobiję i mogłem się cieszyć biegiem, atmosferą i pięknym wiosennym słońcem.
Sama trasa przygotowana była najlepiej jak na to pozwoliły warunki, z racji dodatnich temperatur założone ślady dość szybko zostały rozjeżdżone przez zawodników, ale nie można o to mieć pretensji do nikogo - ot taki urok panującej aury. Również punkty odżywcze zorganizowane były perfekcyjnie - widać, że impreza ma już swoje lata i wszyscy wiedzą jak wszystko powinno funkcjonować. Jedyne, niewielkie zastrzeżenie jakie można mieć, to zbyt mała ilość punktów z piciem w pierwszej połowie dystansu. Z racji wysokiej temperatury i słońca wielu zawodnikom pragnienie na trasie dokuczało bardziej niż przewidywali i jedno stanowisko z napojami bardzo by się przydało.
Bieg ukończyłem w czasie o około 10 minut gorszym niż rok wcześniej, więc zważywszy na ciężkie warunki, przyznać muszę, że jestem zadowolony z rezultatu, a okazja na poprawienie rekordowego czasu będzie w przyszłym roku.
Kolejnym małym sukcesem był fakt, że zadałem kłam teoriom moich znajomych, którzy twierdzili, że Justyna Kowalczyk będzie dwa razy szybsza ode mnie. Fakt, wiele jej nie zabrakło, no ale jednak ;)
Dość głośnym tematem poruszanym przez zawodników po biegu były medale, które były drewniane. Pojawiały się żarty, że to podkładka pod piwo, albo że eko-medal faktycznie jest medalem ekonomicznym, a nie ekologicznym. Osobiście nie do końca się z nimi zgadzam. Medal faktycznie nie jest ani solidny ani ciężki, ale za to wyróżnia się wśród innych, których osoby startujące w rozmaitych biegach mają pewnie w swoich kolekcjach sporo. Warto też zwrócić uwagę na fakt, że cała identyfikacja wizualna biegu była dobrze przemyślana, a projekt medalu doskonale się w nią wpisał.
To był wspaniały weekend i teraz nie pozostaje nic innego, jak z utęsknieniem czekać cały rok na kolejny, 42 Bieg Piastów, do udziału w którym wszystkich gorąco zachęcam!
Tomasz Porzycki, Ambasador Festiwalu Biegów, autor bloga https://nunteferma.wordpress.com