Promieniowanie, Wielki Zderzacz Hadronów, CERN... Z biegaczem i fizykiem Dominikiem Grządzielem o bieganiu prawie ani słowa

Fizyk jądrowy to zawód niezbyt powszechny w ogóle, a wśród biegaczy spotykany jeszcze rzadziej. Fizykiem jądrowym jest Dominik Grządziel, jeden z najlepszych biegaczy górskich-amatorów. W tym roku zajął piąte miejsce w Biegu 7 Dolin w Krynicy.

Dystans 100 km pokonał w czasie 9 godzin i 42 minut, a przegrał tylko z takimi tuzami jak Bartosz Gorczyca, Marcin Świerc, Czech Tomasz Hudec i Robert Faron. Także jako piąty finiszował na Wielkiej Prehybie w Szczawnicy, ulegając jedynie czterem uczestnikom MP na długim dystansie. Sam w nich nie rywalizował, bo nie ma („nie jest mi potrzebna do szczęścia”) licencji klubowej PZLA.

36-letni biegacz z podkrakowskich Dziekanowic ma w sportowym portfolio także wiele zwycięstw w znanych zawodach. Zwyciężył m.in. w najdłuższych biegach Gorce Ultra-Trail (GUT-102) i ultraMaratonu Bieszczadzkiego (90 km), a na krynickim Festiwalu Biegowym triumfował z kolegami w pierwszej edycji Drużynowej Biegu 7 Dolin 100 km oraz był drugi w B7D-34 km. Gdy Grządziel staje na starcie – wiadomo, że na pewno zakręci się koło podium.

Ale jako przykładny amator, nie tylko biega i jeździ na rowerze (bo kolarstwo kocha nie wiadomo, czy nie bardziej). Ma rodzinę i pracę zawodową, a jest właśnie fizykiem jądrowym.

– Nie znam innego biegacza-fizyka jądrowego... a chyba nawet żadnego biegającego fizyka – przyznaje po zastanowieniu Dominik Grządziel, gdy rozpoczynamy rozmowę.

Czy fizycy jądrowi to – tak może się wydawać – elita wśród ludzi wykształconych na fizyków?

Nie, bez przesady. Ja po prostu zajmuję się zagadnieniami jądrowymi i promieniotwórczością naturalną. Ale każda dziedzina fizyki jest równie istotna. Nie gloryfikowałbym mojej specjalności.'

A co Cię kiedyś pchnęło do kształcenia się w tym kierunku?

Zawsze, już od podstawówki, lubiłem przedmioty ścisłe. Ale na fizyce wylądowałem trochę przypadkowo. Zdałem maturę łączoną z matematyki i szybciutko dostałem się na fizykę na Akademii Górniczo-Hutniczej. Wizja ponad trzech i pół miesiąca wakacji spodobała mi się tak bardzo, że nigdzie więcej już nie próbowałem się dostać (śmiech).

Skończyłem zatem fizykę, a pracę magisterską napisałem przy współpracy z Laboratorium Ekspertyz Radiometrycznych Instytutu Fizyki Jądrowej Polskiej Akademii Nauk. Jednym z recenzentów był mój obecny szef Krzysztof Kozak. Gdy obroniłem „magisterkę”, akurat powstał wakat w tym Laboratorium, dostałem propozycję i... od ponad 12 lat jestem pracownikiem Instytutu Fizyki Jądrowej. Ot i cała moja kariera (uśmiech).

Czym się tam zajmujesz? Tylko bardzo proszę ludzkim językiem, zrozumiałym dla normalnego człowieka.

Zajmujemy się głównie pomiarami naturalnej promieniotwórczości w środowisku, czyli promieniowaniem gamma, alfa. Dużym działem są też badania stężenia radonu, naturalnego gazu promieniotwórczego powstającego w ziemi, który wydobywa się z niej i może kumulować się w domu, a w zbyt dużym stężeniu jest niebezpieczny.

To, czym się zajmuję w pracy, to samo życie. Jak kiedyś mądrze powiedział jeden z najwybitniejszych polskich fizyków, nieżyjący już, profesor Andrzej Hrynkiewicz, „żyjemy otoczeni morzem promieniowania”. Wszystko promieniuje, cała materia: dociera do nas promieniowanie z kosmosu, promieniują przedmioty codziennego użytku, ale najwięcej promieniowania dociera do nas spod ziemi, ze skał budujących skorupę ziemską. Znajdują się w nich pierwiastki promieniotwórcze, głównie uran i tor. Więc to promieniowanie jest wszędzie wokół nas!

To jak my w tym w ogóle żyjemy? Przecież powszechnie uważamy, że promieniowanie jest szkodliwe, strasznie się go boimy...

Promieniowanie, owszem, jest szkodliwe, ale tylko w bardzo dużej ilości! A promieniowanie nas otaczające na co dzień jest na poziomie dla nas bezpiecznym. Dla mieszkańca Polski roczna dawka przyjmowanego promieniowania naturalnego oraz sztucznego (np. z medycyny) wynosi 3 milisiwerty, podczas gdy w niektórych krajach Azji czy Ameryki Południowej jest to nawet 400 mSv! A oni też normalnie tam żyją! Istnieje nawet hipoteza, że gdyby na ziemi zabrakło promieniowania, byłoby to niebezpieczne dla naszych organizmów, które od zarania dziejów są do niego przyzwyczajone.

Bardzo dziękuję za ciekawy wykład, a teraz... przejdźmy wreszcie do biegania. Dominiku, czy i w jaki sposób to otaczające nas promieniowanie radioaktywne wpływa na nasze bieganie?

Bardzo trudno mi odpowiedzieć na to pytanie... Hipotez na temat oddziaływania promieniowania na organizmy ludzkie jest wiele. Niektóre, tak zwane liniowe, mówią, że każde promieniowanie szkodzi. Według innych, tzw. progowych, szkodliwe jest promieniowanie dopiero powyżej pewnego, z reguły dość wysokiego poziomu. A wreszcie hipoteza hormezy radiacyjnej głosi, że średnie dawki promieniowania są wręcz korzystne dla zdrowia.

Która hipoteza jest prawdziwa? Naukowcy spierają się na ten temat, wciąż nie jesteśmy w stanie tego rozstrzygnąć. Powód jest banalnie prosty: nikt nie przeprowadza na ludziach eksperymentów z promieniowaniem.

Mamy tylko dwa przypadki, z których wiemy, że bardzo duże promieniowanie jest śmiertelne dla człowieka: to bomby atomowe zrzucone przez Amerykanów na Hiroszimę i Nagasaki w sierpniu 1945 r. oraz katastrofa elektrowni w Czarnobylu w kwietniu 1986 r. Stąd wiemy, że dawka rzędu 3-5 siwertów jest tzw. dawką letalną: po jej przyjęciu w ciągu dwóch tygodni połowa napromieniowanej populacji umiera.

Na temat oddziaływania średnich dawek nie wiemy nic, bo – jak mówiłem - nie przeprowadza się eksperymentów na ludziach. A jeśli nawet takie są, to, oczywiście, nikt ich nie ujawni (uśmiech).

Odpowiadając zatem na pytanie o wpływ promieniowania na nasze bieganie muszę powiedzieć, że również nie wiadomo. Skoro nie wiadomo, jak działa na organizm ludzki, to nie da się powiedzieć, jak wpływa na bieganie (uśmiech). (czytaj dalej)

A ja już myślałem, że jako specjalista w tej rzadkiej dziedzinie wykorzystujesz swoją wiedzę i „używasz” promieniowania do tego, żeby szybciej biegać...

Nie, nie, nie... (śmiech). Poziom mojego biegania nie wynika z mojej pracy i wiedzy naukowej, a tylko i wyłącznie z tego, co robię przed i po pracy. Mam na myśli, oczywiście, trening sportowy.

Twoja „wiedza tajemna” nic a nic się nie przydaje?

Niestety, nie (uśmiech).

Nie tak dawno, jeszcze kilka miesięcy temu, Twoim miejscem pracy była Genewa i super prestiżowy ośrodek CERN, czyli Europejskiej Organizacji Badań Jądrowych, do której należy ponad 20 państw. To tam powstał akcelerator, słynny Wielki Zderzacz Hadronów. To chyba wielka nobilitacja dla fizyka jądrowego?

Tak. CERN to największa organizacja naukowa na świecie zrzeszająca prawie 17 tysięcy pracowników, mająca za cel odkrycie tajemnicy świata, czyli tego, co było przed Wielkim Wybuchem. Miałem możliwość zobaczenia na żywo jak funkcjonuje CERN, jak w tym ogromnym eksperymencie każda śrubka jest na swoim miejscu i jak za każdy centymetr tunelu mającego prawie 30 kilometrów średnicy odpowiedzialny jest człowiek dbający o to, żeby wszystko działało jak należy. To było dla mnie coś wielkiego!

Pracowałem w CERN w grupie zajmującej się sprawdzaniem i testowaniem magnesów nadprzewodzących, odpowiedzialnych za to, by wiązka cząstek doprowadzonych do zderzenia miała odpowiednią energię, a zderzenie było kontrolowane i miało odpowiedni przebieg, przyniosło jak najwięcej pożądanych efektów.

CERN to nobilitacja dla fizyka. Jak w takim razie znalazłeś się w Genewie i słynnym ośrodku?

Mój Instytut Fizyki Jądrowej PAN współpracuje z CERN. Raz na jakiś czas pracownicy Instytutu mają szansę wyjazdu do Genewy na kontrakt. Ja byłem w CERN przez pół roku, wróciłem w połowie kwietnia.

A marzy Ci się „powtórka z rozrywki”?

Bardzo bym chciał jeszcze raz tam pracować. Bezpośredni kierownicy w CERN byli ze mnie zadowoleni i chcieliby mnie ponownie widzieć u siebie. Zawsze mówiłem, że jeśli tylko będzie możliwość i miejsce, chętnie wyjadę na jeszcze jeden półroczny kontrakt.

A co na to Twoja rodzina?

Łatwo nie było, bo mamy dwie córki w wieku 4 i 11 lat, a żona pracuje i nie było jej łatwo wyrobić się ze wszystkim, gdy pracowałem w Szwajcarii. Jest bardzo dzielna i dała sobie radę, ale gdyby ponowny kontrakt doszedł do skutku, chciałbym je wszystkie ze sobą zabrać. I wreszcie mogę Ci powiedzieć, że... za niecałe dwa tygodnie, po świętach Bożego Narodzenia, znów wyjeżdżam na pół roku do CERN! I tym razem rodzina jedzie ze mną! 

To fantastyczny prezent gwiazdkowy, gratuluję! A ponieważ prawie w ogóle nie poruszaliśmy w tej rozmowie tematu biegania, na koniec zapytam o plany sportowe: czy w przyszłym roku we wrześniu pojawisz się znowu w Krynicy na Festiwalu Biegowym?

Jest taki plan, bardzo bym chciał kolejny raz wrócić do Krynicy, zmierzyć się z trasą „setki” i poprawić swój tegoroczny czas w Biegu 7 Dolin. Myślę, że stać mnie na wynik poniżej 9:30 godz. Nie ukrywam też, że super byłoby powalczyć o TOP 3 i miejsce na ścisłym podium.

To do zobaczenia w Krynicy, a w Nowym Roku życzę Ci spełnienia wszystkich planów, zarówno sportowych, jak i zawodowych.

Dziękuję!

Rozmawiał Piotr Falkowski

zdj. archiwum Dominika Grządziela