Proszek, który ryje psychę – nasza Zamieć [ZDJĘCIA]


Well I dreamed that I was running, through a wilderness of plenty
And I could hear the hunt behind me, getting closer, getting closer
And I knew that the end was coming and I wished that it was over
Bring me the snowfall, bring me the cold wind, bring me the winter

[New Model Army – Winter]

Przypominający biały piach sypki śnieg ciągnie się z małymi przerwami już od paru kilometrów. Zmieniamy się w torowaniu z Adamem, znajomym z kilku przeszkodowych i górskich biegów. Ale to i tak nie ma znaczenia, w tej mące nie da się torować. Po przejściu jednego człowieka, stu, nieważne ilu, następny ma dokładnie te same warunki – śnieg wraca do swojego wyjściowego kształtu, a raczej bezkształtności.

Po prawej stronie mijamy jakieś domostwo. Na następnych okrążeniach już skryje je ciemność i tylko szczekanie psów będzie oznajmiać jego istnienie. Będziemy go wyczekiwać z niecierpliwością, jako zapowiedzi końca cierpienia.

* * * * *

Plac pod skocznią w Szczyrku ma to do siebie, że w samo południe w ostatnią sobotę stycznia można na nim spotkać dawno nie widzianych wariatów. Zjeżdżają się z całej Polski i nie tylko, by ostro pozamiatać. Znowu widzę towarzyszy z pamiętnej Łemkowyny 2014 i wielu innych górskich wyryp. Jest Stef z Belgii, który tym razem przywiózł trzech ziomków ze swojego kraju, a także Holendra i Nowozelandkę.

That's Szczyrk, a town in Beskidy
No Belgian can pronounce it unless his teeth are gritted
The creme de la creme of the ultra world in a
Show with everything but Kilian Jornet

Dla niego to już trzecia Zamieć – opuścił tylko zeszłoroczną. Ta pierwsza to był arktyczny mróz i lód. Na drugiej, a mojej pierwszej, było mnóstwo śniegu i prawdziwa zamieć na szczycie. Poprzednia była prawie bezśnieżna, ale z jeszcze silniejszą wichurą i paskudnie oblodzona. Teraz warunki są wymarzone do szybkiego napierania – piękne słońce, czyste niebo i lekki mróz. Weterani szykują się do poprawienia życiówek w ilości okrążeń w ciągu doby. Najszybsze harpagany myślą o pobiciu rekordu wszechczasów. Nikt jeszcze nie wie, co ich czeka...

Time flies, doesn't seem a minute
Since the Beskid Cinema had the running boys in it
All change, don't you know that when you
Race at this level, there's no ordinary venue

It's Mont Blanc or Lavaredo
Or Hardrock or, or this place

* * * * *

Pod górę był kopny śnieg, ale jeszcze znośny. Wspaniała pogoda i fajne towarzystwo pomagały dziarsko cisnąć, człowiek się jakoś mniej męczył. Widoki na Babią i Tatry nieco psuł gęsty smog w dolinie. Większość podejścia zrobiliśmy razem z Adamem. Często się mijaliśmy z Hansem i Theo, którzy przyjechali z Belgii wraz ze Stefem. Ten pierwszy rok temu ukończył morderczy 250-kilometrowy Legends Trail w Ardenach, a drugi wystartuje w nim już za kilka tygodni. Na pomiarze czasu koło szczytowego schroniska 1h46. Dziesięć minut szybciej, niż na pierwszym kółku dwa lata temu.

Żel i łyk gorącej herbaty do gardła i lecę w dół. Uzbrojony w doskonałe raczki, błyskawicznie pokonuję górną część zbiegu ze zmrożonym śniegiem i stromymi odcinkami. Kto wie, czy taki sprzęt nie uratowałby mi pamiętnego Els 2900 w 2015 roku... Lodu zresztą prawie nie ma, nawet dno potoku jest pod śniegiem. Jak kilka razy przebiegnie tędy tabun Zamiataczy, to zrobią się piękne zjazdowe rynny na nogi.

Z poprzedniej Zamieci pamiętam, że kawałek do następnej stromej ścianki przez las jest krótki i przyjemny. A tu... niespodzianka. O przebieżności można zapomnieć, no bo jak tu biegać w rozsypanej grubej warstwie mąki! Półtora kilometra takiego rycia to kilkanaście minut, chociaż jest płasko z minimalnym podbiegiem. Ścianka między drzewami też pokryta grubym śniegiem, przez co jest bezpieczna. Zbiegam nią jak kamikadze, by znów wpaść w objęcia sypkiego śnieżnego piachu pod stopami. Tym razem prawie 3 km żałosnego brodzenia. Dogania mnie Adam i już do końca walczymy razem.

Za domostwem mała hopka i długi, stromy zbieg oblodzonymi drogami do samego nadrzecznego bulwaru, który w raczkach jest czystą przyjemnością. Pierwsze koło w 3h01. Minimalnie szybciej niż poprzednio, ale kosztowało mnie znacznie więcej sił. Wtedy było na luzie i bez pośpiechu, a teraz to trzy godziny ciężkiej walki. Zdaję sobie sprawę, że planowane sześć kółek raczej nie wchodzi w grę.

Krótki pić-stop w bazie, na ciepłe żarcie na razie nie mam ochoty. Dwa kubki rosołu, sucha przegryzka, uzupełnienie herbaty w termicznym kubku i do góry. Ruszamy znowu razem z Adamem, potem mi trochę odskoczy. Strome podejście w śniegu wzdłuż siatki zabezpieczającej trasę zjazdową już bardziej męczy. Na słynnym odsłoniętym grzbiecie zaczyna hulać wiatr, ale to zefirek w porównaniu z poprzednim razem jak tu byłem. Szczyt Skrzycznego osiągam w zapadającej ciemności. Czołówkę czas zapalić.



Lecąc jak dzik na stromym zbiegu i widząc tylko krąg światła przed sobą, przestrzelam zakręt w lewo. Wydeptana w śniegu ścieżka okazuje się prowadzić do jakiejś chałupki albo szałasu. Jeden zawodnik poleciał za mną. Zamiast wracać spory kawał pod górę, zaczynamy się przebijać do właściwej trasy w bok przez młodnik. Parę razy zapadamy się w śniegu po klatę. Kosztuje nas to kilka minut i mnóstwo energii, a rycie w śniegu na dojściu do leśnej ścianki jeszcze dobija.

One night on Skrzyczne and the world's your ultra
The peaks's yur temple but the climb ain't free
You'll pay with sweat on every loop of snow white
And if you're lucky then your arse won't freeze
May your guardian angel take good care of thee

Ściankę lecę po swojemu szybko, ale w jej środku ktoś mnie wyprzedza. Ułamek sekundy na odruchową reakcję w głowie. Co takiego, ktoś mnie ogrywa w mojej konkurencji? Błyskawiczna kontra równoległym wyjeżdżonym torem i jestem na dole ścianki przed nim.

Człowiek ewidentnie robi trzecie koło. Jesteś liderem? – pytam go. – Chyba tak. – No to powodzenia i trzymaj się! – Dzięki i nawzajem! – woła oddalający się jak znikający punkt w kopnym śniegu zawodnik. Jak on to robi w tej mące? Później się dowiem, że to był późniejszy zwycięzca Rafał Kot. Ojapierdziu, przez chwilę się ścigałem z samym Przekotem!

Na pozostających kilku kilosach „piachu” tracę resztę mocy. Wyprzedza mnie kilku cisnących na świeższych siłach sztafetowców. Do bazy docieram taki wypruty, że przez 15 minut tylko siedzę w letargu, próbując popijać izotonik i colę. Dopiero potem jestem w stanie ruszyć zad do drugiego pokoju do kochanych czerwonych krasnoludków z Pokojowego Patrolu po ciepłą michę. Dwie duże porcje makaronu z obydwoma sosami pomału przywracają mnie do żywych, ale cały pit-stop zajmuje godzinę i dziesięć minut. Czy da się zrobić chociaż pięć?



Truchtam bulwarem na nowych siłach, próbując się rozgrzać. Przed skrętem w góry dogania mnie dziewczyna. Gosia też zaczyna trzecie koło. Na Zamieć przyleciała specjalnie z Anglii. W jej miłym towarzystwie całe podejście przemyka szybko i przyjemnie, tylko przed samym końcem łapię mały kryzys. Na szczycie ratuje nas gorąca herbata i gorzka czekolada.

One race's very like another
When your balls are warm and your feet dry, brother

If you don't climb it, that would really be a shame
This mountain with an unpronounceable name

Whaddaya mean?
Ya seen one ice cold, snowy, windswept hill

Zbiegam już samemu, tym razem nie myląc drogi. Chociaż w środku nocy jesteśmy mocno rozrzuceni po trasie, wyprzedzam sporo osób. Nawet „ulubiony” odcinek idzie mi jakby raźniej, co widać po szybszym czasie zejścia, ale w bazie powtarza się ostatni scenariusz. Długie budzenie się ze stanu zombiaka, pieczone ziemniaki z sosem czosnkowym – tak dla odstraszenia górskich wampirów – i prawie półtorej godziny na dojście do stanu używalności.

Z trzeciego koła wróciłem około 23:30. Dwa lata temu o tej godzinie wyruszałem już na czwarte, będąc w znacznie lepszym stanie. Wtedy zrobiłem pięć, ale sześciu raczej nie miałem w planie bo chciałem potraktować Zamieć treningowo...

Co do reszty naszej ekipy, to wiemy, że trzeci z Belgów Luc, mieszkająca w Dreźnie Nowozelandka Chloe i Holender Neequaye zwany Nico są gdzieś przed nami. Stef wycofał się po dwóch pętlach z powodu bólu pleców. Oprócz niego, dla wszystkich zagranicznych gości to pierwszy tak trudny zimowy górski bieg. No może nie dla Hansa, który zaliczył śnieżny odcinek na końcówce Legends Trail.

Na czwartą rundę ruszamy z Theo i Hansem, którzy wrócili z poprzedniej kilkanaście minut po mnie. Dwaj doświadczeni weterani na zmianę nadają tempo, a ja trzymam się za nimi. Po wyjściu ponad szczyrkowski smog gwiazdy świecą jaśniej. Wszyscy zaciskamy zęby, żeby mimo zmęczenia machnąć te pięć pętelek. Wiatr prawie zupełnie ustał. Nawet jeśli jest poniżej -10 stopni, zupełnie tego nie odczuwam. Do szczytu znowu przyzwoity czas 2h i kilkanaście minut.

Zbieg znowu robię po swojemu, czyli bardzo szybko. Na stromiźnie między drzewami tym razem wywijam orła. Na szczęście niegroźnie, lądując w miękkim śniegu. „Odcinek specjalny” za to przechodzę jak pijany, zataczając się na boki w kopnym śniegu na wykręcających się kolanach i kostkach i szeroko podpierając się kijkami. Ten wysypany proszek ryje psychę. Po bokach ciągle widzę równy, gładki beton, zachęcający by po nim biec. Kiedy tam kieruję światło, zdaję sobie sprawę, że to po prostu niewydeptany śnieg i otrząsam się z halunów. Choć czasu pozostało dużo, zaczynam wątpić w sens robienia piątej rundy. Wreszcie w ciemności szczeka pies...

One night on Skrzyczne makes a hard man humble
Not much beetween despair and ecstasy
One night on Skrzyczne and the tough guys tumble
It's blizzard, whiteout and insanity
I can feel the devil running next to me

Belgowie dobiegają 20 minut po mnie. W bazie na jednym z krzeseł komaruje Nico. Jest o jedno okrążenie przed nami. Wiele osób z początkowym planem na 5-6 kółek postanawia się wcześniej wycofać. Inni się jeszcze wahają, walcząc ze zmęczeniem i klejącymi się oczami. Później się dowiemy, że Chloe i Luc, choć byli daleko z przodu, poszli spać na kwaterę po czterech pętlach i już nie wstali. Znowu ponad godzinny odpoczynek przy makaronie z sosem i gorącej herbacie. Hans i Theo mobilizują mnie do wyjścia. Holender na swoje szóste koło wyruszył chwilę przed nami.

Get frozen! You're talking to a runner
Whose every step hits the ice like a hammer

Trzy pary raczków głośno chrzęszczą na zmrożonym nadrzecznym bulwarze. Jest najzimniejsza pora doby, ale szybko się rozgrzewamy. Pomału się rozjaśnia, więc zaraz po wejściu do lasu gasimy czołówki. Wspaniały, krwawy wschód słońca nad Tatrami wita nas za stromym trawersem, po wyjściu na grzbiet.

Humory nam dopisują, wiemy że to już niedługo i mamy poczucie dobrze zrobionej roboty. Niedaleko przed szczytem doganiamy Nico. Na Skrzyczne wchodzimy w czwórkę. Kilka minut odpoczywamy w słońcu przy małej przegryzce i popitce, pozdrawiając się z innymi wchodzącymi na taras napieraczami.

Strome zbiegi robimy razem, pstrykając sobie fotki i świetnie się bawiąc. W różnych miejscach udaje mi się uchwycić niezależnie od siebie wszystkich trzech towarzyszy, jak odwalają orły. Nawet na Drodze Przez Mękę jest kupa śmiechu i radość końcowych kilometrów. Mija nas pędząca pod górę grupa z jakiegoś obozu sportowego. Potem się dowiem, że to ekipa Marcina Świerca. Jeśli tam był, to go nie rozpoznałem. Musiałem już być totalnie zadymiony i zamieciony.

But thank God, I'm only watching the dots, controlling them

Na bulwarze dziękujemy sobie za wspólne napieranie, unosimy ręce w górę i ławą wpadamy na metę. Wraz z organizatorami Anią i Michałem czekają na nas Chloe, Luc i Stef. Wpatrywali się w cztery kropki poruszające się razem na mapie – nadajniki, w które wyposażył nas Stef – i wiedzieli, kiedy przyjść nas powitać. Do południa, czyli limitu czasu, zostały prawie dwie godziny. Idziemy ostatni raz coś zjeść do bufetu. Zasypiam z głową zwieszoną nad miską makaronu...

* * * * *

„Skorzystam z tego doświadczenia i następnym razem powalczę na maksa” – napisałem po Zamieci 2015. Wtedy na górze gwizdała mroźna zamieć, a na oblodzonych zbiegach bez raczków miałem zero przyczepności. Mimo to na luzie i bez spinki nabiegałem pięć okrążeń. Teraz w znakomitych raczkach i najlepszej możliwej pogodzie też się udało nakręcić tylko pięć. Jednak napierając w tej rozsypanej mące, każde z nich było ciężko wyszarpane. Wszyscy zgodnie stwierdzili, że to była najtrudniejsza Zamieć w historii. Dotrzymałem słowa. Powalczyłem na maksa.

Wykorzystałem przerobione przez siebie fragmenty tekstu piosenki „One night in Bangkok” Murraya Heada.

Kamil Weinberg

Fot. Kamil Weinberg, Stef Schuermans i Chloe Vincent