W sobotę 2. lipca w Kretowinach k. Morąga już po raz osiemnasty odbyła się wyjątkowa impreza - Bieg o Kryształową Perłę Jeziora Narie. Do malowniczej miejscowości, do której wiodą bajeczne mazurskie aleje dotarło ponad 300 osób z całej Polski.
Przed startem – weryfikacja, przygotowania. Skrajnie nieodpowiedzialnym było podjąć się startu mając jakiekolwiek wątpliwości co do formy. To w końcu 33 kilometry i temperatura ponad 35 stopni. Lekkomyślność mogła się źle skończyć. Wielu doświadczonych biegaczy porównuje pokonanie trasy wokół jeziora do wysiłku na miarę maratonu, mimo iż dystans jest krótszy.
Ukłonem w stronę zawodników jest rozstawienie na punktach odżywiania zdeponowanych wcześniej przez nich produktów - każdy mógł przygotować sprawdzoną odżywkę i nie biorąc jej ze sobą skorzystać w wyznaczonym miejscu. To strategia na miarę elity.
A sama trasa? - Bardziej zmienna niż kobieta - słyszymy od jednego z zawodników, który przyjechał z Warszawy Zróżnicowane odcinki trasy mają już nawet swoje przydomki: „sahara”- odcinek w grząskim piasku czy „zemsta teściowej”- długi podbieg w okolicy 15. kilometra.
Prócz dobrej organizacji, szerokiej obstawy medycznej oraz innych służb jak zwykle nie zawiedli mieszkańcy miejscowości, w których progach zawitali zawodnicy w trakcie biegu. Mnóstwo punktów odżywiania wspieranych przez niezliczone litry wody oraz doping - to jeden ze stałych elementów imprezy. I choć wydawać się mogło, że w takim upale niewiele osób zwraca uwagę na takie szczegóły, to na mecie usłyszałam mnóstwo pochlebnych słów w kierunku lokalnej społeczności.
- Jestem zaskoczony, tutaj biegaczy wspierali wszyscy i to z własnej woli - mówi Pan Adam, jeden zawodników.
Prócz pochwał na mecie, bez przerwy przewijał się temat podawanych tam arbuzów. Niektórzy ośmielają się stwierdzić, że przyjeżdżają tylko ze względu na nie, bo nigdzie tak nie smakują. Ale czy na pewno? Odniosłam wrażenie, że wręczana na mecie perła jest równie pożądanym trofeum.
W ubiegłym roku perełki, które nie zostały rozdane wylądowały w głębi jeziora. Tym razem niestety pereł zabrakło - było ich tylko 250. Żal docierających na metę biegaczy, którzy nagrody nie otrzymali był ogromny, jednak jak to bywa w sporcie, musieli się z tym pogodzić.
Na uwagę zasługuje jeszcze fakt, iż na trasie pojawili się rowerzyści wspomagający biegnących. Nikt nikogo z trasy nie usuwał a każdy zawodnik mógł mieć swojego towarzysza podającego wodę, odżywki. Na dużych biegach ze względów bezpieczeństwa jest to niedopuszczalne ale tu, gdzie temperatura każdego roku jest bezlitosna, jest to uznawane za krok w stronę bezpieczeństwa.
To zaskakujące, że ta początkowo mała, lokalna impreza przeobraża się na naszych oczach w wydarzenie z tradycją, wysokim standardem i klimatem. Pogoda jak zwykle dziesiątkuje szeregi i nie każdy dobiega do mety. A co do poprawki?
Jedynym elementem, który odrobinę zawiódł niemałe oczekiwania zawodników były papierowe numery startowe, które wręcz rozpadały się od wody i potu. Zaznaczyć jednak należy, że pomiar czasu nie zawiódł i zawodnicy docierający na metę bez numeru, byli rzetelnie klasyfikowani. Oby tradycja tego biegu sięgnęła dziesiątek lat, bo jest to miejsce, w które biegacze chętnie wracają
Małgorzata Bieniak